„Szepty i krzyki”, „Jesienna sonata” czy „Fanny i Alexander” są jednymi z najlepszych filmów, jakie dane mi było zobaczyć. Kleczewska jako podstawę scenariusza wybrała jednak „Twarzą w twarz”, a warszawska inscenizacja pozostawia wiele do życzenia.
Nie zwiastowało to złego spektaklu. Reżyserce wolno adaptować nawet instrukcję do Lego, jeżeli to właśnie ona będzie najlepszą drogą do ukazania osobistej wrażliwości. Tekst „Twarzą w twarz” wypadł miernie na srebrnym ekranie, natomiast wciąż interesował mnie jako tworzywo w rękach znanej mi twórczyni.
Niestety Bergman, który tak często zagęszczał mrok, zostaje u Kleczewskiej rozproszony.
Reżyser znikąd
Kleczewska próbuje otworzyć tekst na szerszy kontekst, wprowadzając na scenę postać samego Bergmana (Julian Świeżewski). Jego przytyki wobec pojedynczych kwestii aktorów stają się komentarzem do samego procesu tworzenia. Dlatego wybór mniej udanego filmu jako punktu odniesienia wydaje się zasadny. Twórca zostaje ukazany jako milcząca figura, która ze stoickim spokojem przechodzi między krzykami wprawionych w ruch postaci.
Żałuję jednak, że jego obecność sprowadza się właściwie do chodzenia, a chyba jeszcze częściej do stania. Postać reżysera prawie się nie odzywa. Przez większość czasu reżyser jest wyłącznie punktem odniesienia, przez którego obecność inaczej odbieramy znaną nam bądź nie historię – patrzymy na postacie przez pryzmat aktorów, którzy je grają.
Mimo wszystko wprowadzenie symbolu wyrastającego z tak niejednoznacznej persony jak Bergman aż prosi się o większą pulę aktywności. Czy nie interesujące byłoby zderzenie w nim tęsknoty za (nieistniejącym?) Bogiem, ciągnącego się piętna śmierci, widma surowego wychowania i procesu tworzenia – równie empatycznego, co sadystycznego?
Granice między rzeczywistością, fikcją a planem filmowym najbardziej się zacierają, kiedy bohaterka rozmawia z synem/młodym Bergmanem, ale tego typu scen jest zaledwie kilka. A nawet gdy są, nie zawsze wybrzmiewają. Kiedy Estera (jak gdyby wychodząc z roli) mówi o sytuacji aktorów, wydaje się, że wypowiedź pada za późno. Bohaterka zwraca się do widzów co prawda bezpośrednio, ale ci mogą być już zmęczeni rozwarstwioną historią.
Kolaż z kina
W drugiej części Kleczewska rozszerza fabułę „Twarzą w twarz” o sceny z innych filmów Bergmana.To ciekawy sposób na wzbogacenie postaci Kariny (Karolina Adamczyk). Przy odpowiednim złamaniu narracji sceny nabierają nowej funkcji, tłumacząc jej stan psychiczny. Pomysł ten wydaje się jednak skierowany przede wszystkim do widzów niezaznajomionych z filmami Szweda. Znawca Bergmana może odebrać go jako skrót, nieudolną kopię lub niepotrzebną powtórkę.
Zabieg urozmaica oryginalną historię, ale nie „naprawia” jej – „Twarzą w twarz” wciąż pozostaje niezwykle toporne, nawet w nowej odsłonie. Jeżeli w „Jesiennej sonacie” czy „Szeptach i krzykach” Bergman operował mrokiem, który zawsze odsłaniał kolejne warstwy, w „Twarzą w twarz” zostaje on rozproszony, rozwarstwiony, a momentami wręcz rozpada się na fragmenty. Przynajmniej w pierwszej połowie wersja Kleczewskiej pozostaje dla mnie równie fragmentaryczna i żmudna jak oryginał.
Ale to kwestia bardzo personalna – w „Twarzą w twarz” widzę fragmentaryczność i formalną niedoskonałość, ale już Szczepański, autor książki „Zwierciadło Bergmana”, nazywa to porzuceniem przez reżysera manieryzmów.
Może wersja Kleczewskiej, podobnie jak ta Bergmana, jest skierowana do bardzo wąskiego grona odbiorców, którym bliska będzie surowość rozpadu świata Kariny.
Sny z projektora
Będę jednak stał przy swoim zdaniu – to spektakl co najmniej problematyczny. Dochodzi do tego kwestia ekranu, na którym wyświetlana jest część scen. Zabieg w pewnym stopniu broni się filmową tematyką, ale jednocześnie wprowadza jeszcze większy dysonans niż sceny rozgrywane na żywo. Ponownie nagrane fragmenty bergmanowskich filmów wydają się ubogie, pozbawione operatorskiego kunsztu Nykvista. Zdecydowanie wolałbym, aby wszystkie sceny zostały zainscenizowane na żywo, w pełni otwarte na język teatru.
Tym bardziej że sama przestrzeń temu sprzyja – scenografia Zbigniewa Libery sprawdza się jako przestrzeń codzienności, kapsuła czasu, ale i senne majaki Karin.
„Twarzą w twarz” jako intermedialna gra z dziełem Bergmana potrafi zaskoczyć i poszerzyć rozumienie oryginału, ale w odbiorze pozostaje spektaklem dość nieporęcznym. O samym twórcy mówi zaskakująco mało – niezależnie od tego, czy traktujemy go jako Bergmana, czy jako figurę bardziej uniwersalną. Spektakl przedkłada przeplatanie kontekstów nad intensywność doświadczenia. W efekcie próbuje jednocześnie zadowolić miłośników Bergmana i nowych widzów, nie trafiając w pełni do żadnej z tych grup.
Teatr Powszechny w Warszawie