Bergman rozproszony
O spektaklu “Twarzą w twarz” Ingmara Bergmana w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Szymon Białobrzeski.
fot. Magda Hueckel / Teatr Powszechny




O spektaklu “Twarzą w twarz” Ingmara Bergmana w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Szymon Białobrzeski.
fot. Magda Hueckel / Teatr Powszechny
„Szepty i krzyki”, „Jesienna sonata” czy „Fanny i Alexander” są jednymi z najlepszych filmów, jakie dane mi było zobaczyć. Kleczewska jako podstawę scenariusza wybrała jednak „Twarzą w twarz”, a warszawska inscenizacja pozostawia wiele do życzenia.
Nie zwiastowało to złego spektaklu. Reżyserce wolno adaptować nawet instrukcję do Lego, jeżeli to właśnie ona będzie najlepszą drogą do ukazania osobistej wrażliwości. Tekst „Twarzą w twarz” wypadł miernie na srebrnym ekranie, natomiast wciąż interesował mnie jako tworzywo w rękach znanej mi twórczyni.
Niestety Bergman, który tak często zagęszczał mrok, zostaje u Kleczewskiej rozproszony.
Granice między rzeczywistością, fikcją a planem filmowym najbardziej się zacierają, kiedy bohaterka rozmawia z synem/młodym Bergmanem, ale tego typu scen jest zaledwie kilka. A nawet gdy są, nie zawsze wybrzmiewają. Kiedy Estera (jak gdyby wychodząc z roli) mówi o sytuacji aktorów, wydaje się, że wypowiedź pada za późno. Bohaterka zwraca się do widzów co prawda bezpośrednio, ale ci mogą być już zmęczeni rozwarstwioną historią.
W drugiej części Kleczewska rozszerza fabułę „Twarzą w twarz” o sceny z innych filmów Bergmana.To ciekawy sposób na wzbogacenie postaci Kariny (Karolina Adamczyk). Przy odpowiednim złamaniu narracji sceny nabierają nowej funkcji, tłumacząc jej stan psychiczny. Pomysł ten wydaje się jednak skierowany przede wszystkim do widzów niezaznajomionych z filmami Szweda. Znawca Bergmana może odebrać go jako skrót, nieudolną kopię lub niepotrzebną powtórkę.
Zabieg urozmaica oryginalną historię, ale nie „naprawia” jej – „Twarzą w twarz” wciąż pozostaje niezwykle toporne, nawet w nowej odsłonie. Jeżeli w „Jesiennej sonacie” czy „Szeptach i krzykach” Bergman operował mrokiem, który zawsze odsłaniał kolejne warstwy, w „Twarzą w twarz” zostaje on rozproszony, rozwarstwiony, a momentami wręcz rozpada się na fragmenty. Przynajmniej w pierwszej połowie wersja Kleczewskiej pozostaje dla mnie równie fragmentaryczna i żmudna jak oryginał.
Ale to kwestia bardzo personalna – w „Twarzą w twarz” widzę fragmentaryczność i formalną niedoskonałość, ale już Szczepański, autor książki „Zwierciadło Bergmana”, nazywa to porzuceniem przez reżysera manieryzmów.
Może wersja Kleczewskiej, podobnie jak ta Bergmana, jest skierowana do bardzo wąskiego grona odbiorców, którym bliska będzie surowość rozpadu świata Kariny.
Będę jednak stał przy swoim zdaniu – to spektakl co najmniej problematyczny. Dochodzi do tego kwestia ekranu, na którym wyświetlana jest część scen. Zabieg w pewnym stopniu broni się filmową tematyką, ale jednocześnie wprowadza jeszcze większy dysonans niż sceny rozgrywane na żywo. Ponownie nagrane fragmenty bergmanowskich filmów wydają się ubogie, pozbawione operatorskiego kunsztu Nykvista. Zdecydowanie wolałbym, aby wszystkie sceny zostały zainscenizowane na żywo, w pełni otwarte na język teatru.
Tym bardziej że sama przestrzeń temu sprzyja – scenografia Zbigniewa Libery sprawdza się jako przestrzeń codzienności, kapsuła czasu, ale i senne majaki Karin.
„Twarzą w twarz” jako intermedialna gra z dziełem Bergmana potrafi zaskoczyć i poszerzyć rozumienie oryginału, ale w odbiorze pozostaje spektaklem dość nieporęcznym. O samym twórcy mówi zaskakująco mało – niezależnie od tego, czy traktujemy go jako Bergmana, czy jako figurę bardziej uniwersalną. Spektakl przedkłada przeplatanie kontekstów nad intensywność doświadczenia. W efekcie próbuje jednocześnie zadowolić miłośników Bergmana i nowych widzów, nie trafiając w pełni do żadnej z tych grup.
„Rzecz działa się za kulisami przedostatniej edycji festiwalu Kontakt, ale opisan ją w sierpniu 2025 (https://www.dialog-pismo.pl/przedstawienia/farma-trolli). Niewielkie, ale wpływowe grono kuratorów i organizatorów festiwalu (nb. wyjątkowo nietrafnie obsadzone w rolach środowiskowych autorytetów moralnych), z pozycji zwierzchniej stawiało do pionu grupę studentek, bo nie spodobały się ich opinie dotyczące kwestii estetycznych i programowych. Koroną dzieła był regularny donos złożony przez dyrektorkę Teatru im. W. Horzycy do władz Akademii Teatralnej”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.