Spektakl „Ina. Wolisz, kiedy się śmieję”, który zobaczyłem dziś w Teatrze Muzycznym w Łodzi w ramach Off-Północna, zostawił mnie z dość mieszanymi odczuciami – szczególnie jeśli chodzi o warstwę dramaturgiczną. Bardziej interesuje mnie tu opis samego spektaklu niż jego ocenianie; to spojrzenie zbudowane na własnym odbiorze, ale też skonfrontowane z przeczytanymi recenzjami.
Spektakl przygotowany w Teatrze Muzycznym w Gdyni opiera się na dość prostym, ale wielowarstwowo rozegranym pomyśle: zamiast opowiadać linearną biografię Iny Benity, pokazuje proces jej „tworzenia” na scenie. Widz nie tyle śledzi życie dawnej gwiazdy, co uczestniczy w próbie teatralnej, podczas której dwie aktorki próbują uchwycić jej postać – i przy okazji konfrontują się ze sobą.
Na scenie pojawiają się Barbara Kurdej-Szatan i Katarzyna Kurdej-Mania, grające jednocześnie siebie nawzajem, Inę Benitę i różne warianty „aktorki”. Ta wymienność ról buduje sytuację nieustannego przesuwania perspektywy – trudno wskazać jeden stabilny punkt odniesienia, bo każda scena może być zarówno fragmentem biografii, jak i komentarzem do niej albo zapisem prób.
Całość ma charakter metateatralny: widz ogląda kulisy pracy nad spektaklem, w których pojawiają się napięcia, niepewność obsady, problemy organizacyjne czy zwykłe, prywatne rozmowy. Z tego pozornego chaosu stopniowo wyłania się opowieść o samej Inie – nieciągła, zbudowana z epizodów, emocji i wyobrażeń, a nie z faktów uporządkowanych chronologicznie.
Ważnym elementem są piosenki i choreografia, które nie tyle zatrzymują akcję, co współtworzą narrację. Utwory zmieniają stylistykę – od bardziej dynamicznych po spokojniejsze – i odpowiadają kolejnym odsłonom historii lub stanom emocjonalnym bohaterek. Ruch sceniczny i światło porządkują przestrzeń, która z jednej strony przypomina zaplecze teatru, a z drugiej potrafi nagle zamienić się w symboliczną scenę z przeszłości.
Scenografia operuje jednym głównym elementem – centralną konstrukcją, która w zależności od użycia przywołuje różne skojarzenia: od miejsca prób po bardziej metaforyczne obrazy związane z pamięcią i historią. Wokół niej funkcjonuje kontrolowany „bałagan” rekwizytów i kostiumów, podkreślający roboczy, niedokończony charakter sytuacji.
Spektakl nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kim była Ina Benita. Zamiast tego pokazuje ją jako postać złożoną z fragmentów – cudzych wyobrażeń, medialnych narracji i osobistych projekcji. Równolegle opowiada o współczesnych aktorkach, ich pozycji, doświadczeniu bycia ocenianą i funkcjonowania w świecie, w którym wizerunek bywa równie ważny jak rzeczywistość.
W efekcie powstaje przedstawienie, które bardziej niż rekonstrukcją biografii jest próbą uchwycenia mechanizmu powstawania legendy – zarówno tej sprzed lat, jak i tej tworzonej na bieżąco.
Teatr Muzyczny w Gdyni