Bernard Slade napisał sztukę, która w latach 70. stała się broadwayowskim przebojem nie bez powodu. „Same Time, Next Year” to dramat-komedia z precyzyjnie skonstruowaną osią czasu, w której prywatna historia dwojga kochanków splata się z historią Ameryki. Kolejne spotkania Doris i George’a – rozciągnięte na ponad dwie i pół dekady – są nie tylko zapisem ewolucji uczucia, lecz także rejestrem przemian obyczajowych, politycznych i ekonomicznych. W tym sensie Slade stworzył tekst głęboko zakorzeniony w konkretnym kontekście kulturowym.
I właśnie dlatego każda próba „przepisywania” tej sztuki na polskie realia obarczona jest ryzykiem.
W najnowszej realizacji Teatru Gudejko, wyreżyserowanej przez Tadeusza Kabicza, George i Doris stają się Jurkiem i Jolą. Sam zabieg spolszczenia imion – praktykowany w polskim teatrze od dekad – budzi mój niezmienny opór. Nie chodzi o purystyczną wierność oryginałowi, lecz o konsekwencję estetyczną. Slade pisał o Ameryce: o wojnie w Wietnamie, o zmianach obyczajowych, o amerykańskim śnie i jego cenie. Gdy bohaterowie zaczynają funkcjonować w bliżej nieokreślonej polskiej rzeczywistości, a w dialogach pojawiają się aluzje do rodzimej sceny politycznej – w rodzaju kwestii „nie będę się z tobą kochała, jeśli głosowałeś na PiS” czy żartów odnoszących się do postury Jarosława Kaczyńskiego – pojawia się dysonans.
Tego typu „uwspółcześniające kwiatki” brzmią jak dopiski z kabaretu, nie z dramatu psychologicznego. Nie pogłębiają postaci, nie budują napięcia, a jedynie chwilowo mrugają do widowni. Wpisują się w doraźny spór, który za kilka lat straci aktualność, podczas gdy Slade opowiadał o czymś znacznie trwalszym – o paradoksie miłości istniejącej równolegle do innego, „oficjalnego” życia.
Autor buduje swoją opowieść na delikatnej równowadze między prawdopodobieństwem a konwencją. Widz godzi się na pewien teatralny skrót – na to, że miłość może mieć wyznaczoną datę w kalendarzu. Cały koncept romansu realizowanego wyłącznie raz w roku jest przecież konstruktem, umownym eksperymentem z czasem i uczuciem. Kiedy jednak spektakl zbyt mocno przywiązuje tę historię do konkretnej, współczesnej codzienności, równowaga zostaje zachwiana. Scena zaawansowanej ciąży Joli przestaje być metaforą bezwarunkowego trwania przy uczuciu, a zaczyna funkcjonować jako sytuacja oceniana według miary obyczajowej wiarygodności. Im silniej inscenizacja akcentuje realistyczny kostium, tym wyraźniej obnaża umowność całej konstrukcji.
Intermedialne projekcje, odliczające upływ lat i wypełniające czas zmian kostiumów, są sprawnie zrealizowane – dynamiczny montaż i estetyka niemal teledyskowa robią wrażenie. A jednak ich dosłowność odbiera opowieści subtelność. Tam, gdzie w oryginale przemiany świata przenikały do dialogów organicznie, tu zostają wyłożone jak plansze edukacyjne, precyzyjnie, lecz bez niedopowiedzenia.
A jednak – i to „a jednak” jest kluczowe – spektakl broni przede wszystkim Paweł Deląg jako Jurek. To rola zdecydowanie dominująca scenę. Od pierwszego spotkania aktor buduje postać mężczyzny pewnego siebie, lekko ironicznego, chwilami protekcjonalnego, by z biegiem lat odsłaniać jego kruchość, lęk przed starzeniem się i utratą kontroli. Deląg prowadzi rolę z dużą świadomością rytmu – znakomicie operuje pauzą, spojrzeniem, drobnym gestem. W jego interpretacji coroczne spotkania nie są jedynie sentymentalnym rytuałem, lecz koniecznością – punktem oparcia w życiu, które poza pensjonatem staje się coraz bardziej obce i nieprzeniknione.
Co istotne, aktor unika łatwego efekciarstwa. Nawet w scenach komediowych nie ucieka w farsową przesadę. Dzięki temu Jurek pozostaje postacią z krwi i kości – nie typem, lecz człowiekiem. W drugiej części spektaklu Deląg wyraźnie zagęszcza temperaturę emocjonalną; jego bohater dojrzewa, mięknie, a jednocześnie boleśnie uświadamia sobie granice tej relacji. To kreacja, która spaja całość przedstawienia i nadaje mu ciężar.
Anita Sokołowska jako Jola ma zadanie trudniejsze – jej postać przechodzi większe transformacje wizerunkowe i światopoglądowe. Aktorka stara się zmieniać tonacje, choć nie zawsze udaje jej się nadać bohaterce wewnętrzną ciągłość. W zestawieniu z bardziej konsekwentną i jednorodną kreacją Deląga bywa mniej wyrazista.
Warto pamiętać, że polska historia tej sztuki jest długa: od pamiętnej realizacji w Teatrze Kwadrat z 1978 roku z Haliną Kowalską i Januszem Gajosem, przez kolejne inscenizacje w Poznaniu, na Woli, aż po Teatr Kamienica. Część aktorów, którzy przed laty mierzyli się z rolami Doris i George’a, zasiadła tym razem na widowni – Marzena Trybała i Tomasz Stockinger – jakby przekazując pałeczkę następnym pokoleniom. To piękny, symboliczny gest teatralnej ciągłości. Tym bardziej szkoda, że najnowsza realizacja nie ufa w pełni sile oryginału i próbuje go poprawiać.
Bo Slade’a nie trzeba poprawiać. Wystarczy go zrozumieć.
„Do zobaczenia za rok!” w reżyserii Tadeusza Kabicza pozostaje więc spektaklem nierównym: dramaturgicznie rozchwianym przez lokalne dopiski i zbyt dosłowne osadzenie w polskiej doraźności, ale aktorsko – momentami satysfakcjonującym. Głównie za sprawą Pawła Deląga, który udowadnia, że nawet w konstrukcji balansującej na granicy prawdopodobieństwa można odnaleźć prawdę emocji.
A to w teatrze wciąż jest wartością najwyższą.
Teatr Gudejko