Jako redaktor naczelny portalu teatralnego staję dziś nie tylko wobec sporu o pieniądze. Staję przede wszystkim wobec pytania o zaufanie – do procedur, do ekspertów, do instytucji publicznych i do samego środowiska. Spór wokół Programu „Teatr 2026”, prowadzonego przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, pokazał, jak krucha jest równowaga między autonomią komisji a poczuciem sprawiedliwości w środowisku.
Z jednej strony mamy stanowisko dyrektorki Instytutu, Justyny Czarnoty-Misztal. Procedura – jak czytamy – była otwarta, eksperci wyłonieni w naborze, decyzje oparte na medianie punktów, czyli środkowej wartości spośród ocen przyznanych niezależnie przez członków komisji, co miało ograniczyć wpływ skrajnych not. Skład zespołu obejmował osoby o udokumentowanym dorobku. Program nie jest „konkursem prestiżu”, lecz oceną konkretnych wniosków w danym roku. To argument formalny, trudny do podważenia bez wglądu w dokumentację.
Z drugiej strony jest środowiskowa intuicja i fakt symboliczny: brak dofinansowania dla takich marek jak Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia, Międzynarodowy Festiwal Teatralny Kontakt czy Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje musi budzić pytania. Jeśli przez lata festiwale te były wizytówkami polskiego teatru – krajowego i międzynarodowego – to ich jednoczesne „wypadnięcie” z listy dotowanych trudno uznać za zwykłą koincydencję. Emocjonalną temperaturę podnoszą wypowiedzi ich twórców, w tym Bartosza Szydłowskiego, a także dramatyczne medialne nagłówki.
Czy komisja była reprezentatywna? Formalnie – zapewne tak. Reprezentacja gatunkowa, geograficzna, kompetencyjna została opisana. Ale reprezentatywność to nie tylko lista specjalizacji. To także zaufanie środowiska do osób oceniających. A to buduje się nie komunikatem prasowym, lecz transparentnością personalną i jawnym uzasadnieniem decyzji. Jeśli skład komisji ma być ujawniony dopiero po zakończeniu całego procesu dotacyjnego, pojawia się próżnia informacyjna. W tej próżni rodzą się domysły.
Problem polega na tym, że obie strony mają rację – i obie jej nie mają w pełni.
Instytut ma rację, gdy broni niezależności eksperckiej i przypomina, że program nie jest plebiscytem na „najważniejszy festiwal”. Środowisko ma rację, gdy domaga się przejrzystości i spójności decyzji z dotychczasową polityką kulturalną państwa. Trudno bowiem nie zauważyć dysonansu między uhonorowaniem twórców odznaczeniami a brakiem wsparcia dla ich flagowych projektów.
Jak wyjść z impasu?
Po pierwsze – pełna jawność. Nie tylko składu komisji, ale także punktacji (w widełkach), uzasadnień merytorycznych oraz kryteriów wagowych. Anonimizacja wniosków na etapie oceny również mogłaby ograniczyć zarzut uznaniowości lub „efektu marki”.
Po drugie – dialog moderowany. Otwarte spotkanie środowiskowe z udziałem przedstawicieli Instytutu, komisji oraz organizatorów największych festiwali. Nie w formule medialnej konfrontacji, lecz roboczej debaty o modelu finansowania: czy program ma wspierać przede wszystkim nowe impulsy, czy też zabezpieczać strategiczne marki? To są dwa różne cele polityki kulturalnej.
Po trzecie – rozdzielenie strumieni finansowania. Być może potrzebny jest osobny komponent dla wydarzeń o ugruntowanej pozycji międzynarodowej i osobny dla inicjatyw rozwijających się. Mieszanie tych porządków w jednym koszyku rodzi nieuniknione napięcia.
Po czwarte – komunikacja bez retoryki „rzezi” i bez sugestii o niekompetencji ekspertów. Słowa mają wagę. Publiczne podważanie wiarygodności komisji bez dowodów szkodzi instytucjom, ale brak empatii wobec wieloletnich partnerów szkodzi równie mocno.
Największym zagrożeniem nie jest to, że jeden czy drugi festiwal nie otrzymał dotacji. Największym zagrożeniem jest erozja zaufania – a ono w kulturze jest walutą cenniejszą niż 14 milionów złotych.
Tym felietonem nie zamierzam wskazywać winnych. Pragnę jednak postawić pytanie zasadnicze: czy chcemy systemu, w którym eksperci są niezależni, ale rozliczalni, czy systemu, w którym decyzje są przewidywalne, lecz zachowawcze? Dzisiejszy kryzys może stać się impulsem do doprecyzowania reguł gry. Pod warunkiem że zamiast okopywać się na swoich pozycjach, środowisko teatralne uzna, że spór o „Teatr 2026” to nie wojna o dotację, lecz rozmowa o modelu państwowej polityki teatralnej.
I tę rozmowę warto przeprowadzić bez pomówień – ale z odwagą.
MKiDN
Oświadczenie Justyny Czarnoty-Misztal:
Instytut Teatralny