Świadectwo przemilczanego cierpienia
O spektaklu „Ocalone” Piotra Rowickiego w reż. Mai Kleczewskiej z Domu Spotkań z Historią na 39. Dni Sztuki Współczesnej w Białymstoku pisze Justyna Białous.
„Ocalone”, monodram w wykonaniu Agnieszki Przepiórskiej, w reżyserii Mai Kleczewskiej otworzył 39. Dni Sztuki Współczesnej w Białymstoku. Program festiwalu przywołuje cytat z Nadziei w mroku Rebecci Solnit. Kuratorka Katarzyna Kruszewska stawia na teatr, który – zgodnie z duchem Solnit – nie ucieka od cierpienia, lecz je nazywa i domaga się działania.
Spektakl opowiada historię Ireny K. – jednej z ofiar gwałtów dokonanych przez SS RONA podczas pacyfikacji warszawskiej Ochoty w sierpniu 1944 roku. Miała wtedy 12 lat. Scenariusz Piotra Rowickiego, oparty na dziennikach i relacjach, wykracza poza wymiar indywidualny. Staje się świadectwem zbiorowym – uniwersalną opowieścią o przemocy wobec kobiet w warunkach wojny.
Scenografia jest ascetyczna: mównica, huśtawka, kilka rekwizytów, projekcje zrujnowanych ulic. Minimalizm środków pozwala wybrzmieć tekstowi i fizycznej obecności aktorki. Osiemdziesiąt lat po tragedii Irena bierze udział w uroczystości odsłonięcia pomnika „ku czci pomordowanych”. Zaczyna od cytatu z Orestei Ajschylosa, ale wspomnienia przerywają oficjalną narrację. Po latach milczenia zaczyna mówić.
Światło nie różnicuje przestrzeni scenicznej i widowni – widzowie stają się częścią opowieści. To znaczący gest formalny, który przełamuje tradycyjną „czwartą ścianę” i zmusza publiczność do współobecności, współodczuwania, współodpowiedzialności. Nie jesteśmy biernymi odbiorcami, lecz świadkami – osadzeni w tej samej przestrzeni, co bohaterka. Kiedy rozpoczynają się retrospekcje, światła gasną. Powraca wojenny lęk, wstyd, samotność. Irena zakłada zdartą sukienkę, poprawia włosy i znów staje przed mikrofonem. Na jej ciele – krew, która nie znikła. Znów jesteśmy twarzą w twarz z pamięcią.
Słyszymy dziś, że „gwałt to strategia wojenna – jedna z broni”. Ale co to znaczy dla jednostki? Dla dziecka, któremu odebrano przyszłość? Dla dorosłej kobiety, która niesie wstyd nieswojej winy? Spektakl stawia pytania, na które systemowe odpowiedzi wciąż nie istnieją.
W jednej ze scen pada gorzkie spostrzeżenie: „Nie brakuje nam współczucia – brakuje nam języka”. Ocalone nie tylko konfrontuje z przemocą, lecz także z niemocą – z nieumiejętnością bycia przy ofierze. Widz zostaje zmuszony do autorefleksji: nie nad zbrodnią, lecz nad własną reakcją.
W finale rozbrzmiewa monolog inspirowany Oresteją: osobisty sąd nad oprawcami. Gniewny, bolesny, nierealny. Ale konieczny, by domknąć proces mówienia. Kulminacja odsłania wewnętrzny krajobraz traumy – i brak sprawiedliwości.
W ostatniej scenie aktorka wymienia nazwiska – te, które przetrwały, i te, które ocalały tylko w pamięci świadków. „Stańcie do apelu” – słyszymy. Wstajemy. Milczymy. Spektakl staje się pomnikiem – nie tylko dla zamordowanych, lecz i dla tych, którzy żyją z raną.
Pada pytanie: czy sztuka może udźwignąć życie, cierpienie, śmierć? Nie znamy odpowiedzi. Ale Ocalone zostaje. Wnika pod skórę. Do kości.
fot. Magda Hueckel / Dom Spotkań z Historią