Bezsilność Anioła
O spektaklu “Anioły w Ameryce” Tony Kushnera w reż. Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze w Warszawie pisze Alicja Cembrowska.
„Anioły w Ameryce” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego się nie starzeją. I to dla nas jako społeczeństwa fatalna wiadomość. Obcowanie z doskonale skomponowanym przedstawieniem, gdy świat się rozpada, stanowi jednak drobne pocieszenie.
Kilkugodzinne spektakle dla współczesnego widza to abstrakcja, a nawet męka. Wiecznie spragnione bodźców i ekranowego światła mózgi mają coraz większy problem z konsumowaniem produktów kultury bardziej angażujących niż kilkusekundowe filmiki. Warto jednak trenować umiejętność koncentracji, a „Anioły w Ameryce” są dobrym materiałem ćwiczeniowym.
Głos Anioła, którego nikt nie słucha
Tekst Tony’ego Kushnera (tłum. Jacek Poniedziałek) jest spuchnięty od symboli i odniesień; soczysty, wulgarny i emocjonalny. Warlikowski, jeżeli oddala się od niego, to tylko na chwilę i po coś – na przykład, by na chwilę uaktualnić inscenizację subtelnością o gorsetach Balenciagi czy przemycić polityczne mrugnięcie (fragment programu informacyjnego o Putinie i Trumpie). To nienachalne drobnostki. Reżyser nie przekształca opowieści w manifest czy wiec. Nie musi, by widz zrozumiał, że wtedy czy teraz – daleko ludzkości do oświecenia, wspólnoty, moralnej naprawy. „Zatrzymajcie się, nie idziecie do przodu, wy tylko tratujecie” – na nic zdają się rozpaczliwe i bolesne nawoływania Anioła (Magdalena Cielecka).
Wizualnie na zaślepienie i zbiorową halucynację zdaje się odpowiadać scenografia Małgorzaty Szczęśniak. Centralną część przestrzeni wydzielają ściany z „lustrami”, które odbijają ogół, ale nie szczegół, zniekształcają, wyginają nienaturalnie sylwetki i twarze. Ta przestrzeń, przez którą przewijają się postaci, przypomina trochę pułapkę, środek labiryntu bez wyjścia. Przemeblowywanie sceny jest tylko pozorne.
„Anioły w Ameryce” wciąż aktualnie bolesne
Być może kontekst dziury ozonowej się przeterminował, ale pod względem klimatycznym jest tylko gorzej. Mamy lek, który blokuje wirusa HIV – osoby zakażone żyją zupełnie normalnie, ale mamy tysiąc innych kłopotów zdrowotnych. Brak otwartości na inność, kiszenie się w toksycznych plemionach, bezwzględne układy bogatych, nierówności społeczne, narastająca agresja, ale też rozrywanie się więzi rodzinnych i społecznych, wyobcowanie, poczucie zagubienia – to wszystko w „Aniołach” jest. I wokół nas też jest. Symultanicznie rozgrywane sceny podkreślają, że ludzie przeżywali i przeżywają podobnie – że gej, Żyd, mormon, chory, kochanek czy żona to tylko etykiety nawigacyjne. Niewiele mówią o stanie duszy.
Dlatego ten spektakl nadal działa. A działa tym bardziej, że jest precyzyjnie zrealizowany. Niemal 20 lat od premiery czuć, że aktorzy po prostu w tę historię wchodzą. Zachwyca swoją ekspresją Tomasz Tyndyk; onieśmiela Danuta Stenka. Maja Ostaszewska rolą Harper pokazuje, że jest w absolutnej czołówce polskich aktorek. Cały zespół prezentuje aktorstwo, które chce się podziwiać, w które chce się wierzyć.
„Zaczyna się Wielka Praca”. Trudno nie zapamiętać tego zdania, które w „Aniołach” staje się wręcz refrenem. Być może kiedyś niosło nadzieję. Teraz? Wydaje mi się, że przeraża i zasmuca, bo zapowiadane zmiany nie nadchodzą. Praca nadal się nie zaczęła, a zdawałoby się, że już dawno powinna być wykonana.
Fot: Stefan Okołowicz/Nowy Teatr w Warszawie