Rocznice zwykle sprzyjają porządkowaniu pamięci. W przypadku Wiery Gran to zadanie z góry skazane jest na niepowodzenie — jej biografia nie chce się ułożyć w żadną spójną narrację, a teatr, który po nią sięga, prędzej czy później wpada w tę samą pułapkę: między fascynacją a bezradnością.
Patrzę na własne doświadczenia recenzenta i widzę wyraźnie, jak bardzo różne mogą być odpowiedzi sceny na tę samą historię. Widziałem kilka prób zmierzenia się z Gran — i każda z nich mówiła więcej o teatrze niż o samej artystce.
Najbardziej przekonująca była realizacja Barbary Sass w Teatrze Kamienica. Nie dlatego, że rozwiązywała wszystkie wątpliwości — przeciwnie, ona je raczej oswajała. Spektakl zbudowany był na prostym, niemal staroświeckim geście: oddaniu głosu aktorce. W interpretacji Justyny Sieńczyłło Gran była jednocześnie ofiarą i kimś, kto tę rolę świadomie przyjmuje, a może nawet ją wzmacnia. Było w tej kreacji coś niewygodnego — cień dumy, który nie pozwalał łatwo jej współczuć.
I może właśnie dlatego ten spektakl działał. Nie próbował „rozstrzygać sprawy Wiery Gran”. Pozwalał wybrzmieć piosenkom — tym samym, które przed laty niosły jej sławę — i zostawiał widza z pytaniem, czy głos może być silniejszy niż biografia.
Zupełnie inaczej zapamiętałem monodram przygotowany przez Teatr Muzyczny w Toruniu. Aleksandra Lis w „Jutro będzie za późno” szła w stronę bardziej intymną, bardziej wewnętrzną. Tam Gran była już właściwie na końcu drogi — zmęczona, ironiczna, momentami gorzka. To był teatr pamięci, ale pamięci przepracowanej, przefiltrowanej przez czas i samotność. Nie było w nim publicystycznej temperatury, była raczej próba zrozumienia, jak żyje się z ciężarem nieustannego oskarżenia.
Największe rozczarowanie przyniosło jednak spotkanie z Gran w Teatrze Żydowskim. Spektakl Jędrzeja Piaskowskiego do tekstu Weroniki Murek miał ambicję „rozmontowania pamięci”, zabawy konwencją, wejścia w rejestr ironii i performatywnego dystansu. Tyle że za tym wszystkim nie było ani emocji, ani myśli, które potrafiłyby unieść temat. Zamiast dialogu z historią dostaliśmy ćwiczenie stylistyczne — chwilami efektowne, ale ostatecznie puste.
I wtedy najdobitniej uświadomiłem sobie, jak cienka jest granica w teatrze opowiadającym o Wierze Gran. Z jednej strony grozi mu sentymentalizm — pokusa uczynienia z niej wyłącznie ofiary niesprawiedliwych oskarżeń. Z drugiej — chłodna dekonstrukcja, która rozprasza wszystko, łącznie z samą bohaterką.
A przecież Gran wymyka się obu tym porządkom. Była kimś więcej niż „sprawą”, kimś więcej niż „legendą getta”, kimś więcej niż „oskarżoną”. Jej historia — od Warszawa po Paryż — jest historią głosu, który przetrwał wszystko oprócz jednego: ludzkiej pamięci, zawsze niepewnej, zawsze podatnej na zniekształcenia.
Teatr, który sięga po jej biografię, musi więc odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: czy chce ją zrozumieć, czy tylko wykorzystać. Najlepsze z widzianych przeze mnie przedstawień — jak to w Kamienicy — wybierały pierwszą drogę, nawet jeśli oznaczało to pozostawienie widza bez jednoznacznych odpowiedzi.
Bo może w przypadku Wiery Gran właśnie to jest najuczciwsze: nie rozstrzygać. Słuchać. I przyjąć, że w tym głosie — aksamitnym, niskim, niepodrabialnym — mieści się więcej prawdy niż w jakimkolwiek werdykcie.