W teatrze są aktorzy, którzy imponują techniką, są też tacy, którzy przyciągają osobowością. A są wreszcie tacy – i do nich należy Ewa Ziętek – którzy mają dar najrzadszy: potrafią sprawić, że widz ma poczucie spotkania z kimś prawdziwym. Nie z „rolą”, lecz z człowiekiem, który tę rolę wypełnia doświadczeniem, temperamentem i jakąś niezwykłą naturalnością. W dniu jej urodzin warto o tym darze przypomnieć.
Moje pierwsze spotkanie z jej aktorstwem nie odbyło się w teatrze, lecz przed telewizorem. Był rok 1974 i spektakl „Trzy siostry” w reżyserii Aleksandra Bardiniego. Ziętek grała tam Olgę – postać cichą, skupioną, jakby zanurzoną w melancholii świata Antoniego Czechowa. W tej roli była jeszcze bardzo młoda, ale już wówczas miała w sobie coś, co przykuwało uwagę: prostotę. Sama po latach powie, że to „dar od Boga”. W istocie – dar nie do podrobienia.
Ta prostota sprawiła też, że szybko znalazła się na planie filmowym jednego z najważniejszych polskich reżyserów – Andrzeja Wajdy. Debiut w jego „Weselu” – w roli Panny Młodej – był początkiem filmowej drogi, która prowadziła przez dziesiątki tytułów i bardzo różne konwencje. Pojawiła się później w innym filmie Wajdy, „Człowiek z marmuru”, a także w komediowej klasyce Stanisława Barei – „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” – czy w kultowym serialu Alternatywy 4, gdzie z właściwą sobie lekkością potrafiła zamienić krótką scenę w moment zapamiętany przez widzów na lata.
W późniejszych dekadach przyszły jeszcze inne rozpoznawalne role – choćby w serialu „Złotopolscy”, a potem w Barwach szczęścia”. Jednak popularność telewizyjna nigdy nie przesłoniła jej pracy teatralnej.
Dla mnie szczególne znaczenie mają spotkania z nią w Teatrze Kwadrat w Warszawie. To scena, która – jak sama aktorka mówi – daje widzom „oddech” i przestrzeń na śmiech. I rzeczywiście, w spektaklach, które widziałem, Ziętek potrafiła ten oddech stworzyć.
W „Przez park na bosaka” Neila Simona była Ethel Banks – matką, która z energią i komediowym wyczuciem wkracza w życie młodego małżeństwa. Z kolei w „Klubie cmentarnym” grała Doris – jedną z trzech wdów spotykających się na nowojorskim cmentarzu. To rola zbudowana z delikatnej równowagi między melancholią a humorem.
Jeszcze inny rodzaj komediowej precyzji pokazała w farsie „Okno na parlament” Raya Cooneya, gdzie – jak to u Cooneya – tempo i rytm sceniczny decydują o wszystkim. Ziętek poruszała się w tej konwencji z zadziwiającą swobodą, jak aktorka, która dokładnie wie, że komedia jest jedną z najtrudniejszych form teatralnych.
Najbardziej niezwykłe było jednak spotkanie z nią w spektaklu „Nieostrość widzenia” Remigiusza Grzeli, wyreżyserowanym przez Wawrzyńca Kostrzewskiego. To przedstawienie oparte na historii aktorki Zofii Książek-Bregułowej, która po utracie wzroku w czasie wojny nie porzuciła teatru.
W tej roli Ziętek była właściwie sama – pomiędzy ceglaną ścianą a powłóczystym tiulem pełniącym funkcję ekranu. Bez dekoracyjnych podpórek, bez efektownych kostiumów. Został tylko aktor i słowo. I to wystarczyło. Aktorka wcielała się nie tylko w Książek-Bregułową, lecz także w jej męża, przywoływała wspomnienia z życia teatralnego i prywatnego, a przy okazji potrafiła – z wielkim dystansem – żartować także z samej siebie. W tych fragmentach ujawniała całą gamę swoich komediowych umiejętności. Cieszę się, że już niebawem obejrzę ten monodram po raz drugi – tym razem podczas 40. Toruńskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora, w których wezmę udział również jako juror.
W jednym z wywiadów powiedziała: „Czasami wątpię… ale kiedy widzowie wstają z odruchu serca, myślę, że może to nie są stracone lata”.
Patrząc na jej drogę – od debiutu u Wajdy, przez sceny Teatr Narodowy w Warszawie czy Teatr Dramatyczny w Warszawie, po wieloletnią obecność w Teatrze Kwadrat – można powiedzieć jedno: to są lata bardzo dobrze wykorzystane.
Bo w aktorstwie Ewy Ziętek najcenniejsze jest to, że nigdy nie próbuje być kimś innym niż jest. Nie buduje sztucznej tajemnicy, choć – jak sama przyznaje – marzyła kiedyś o byciu „tajemniczą damą”. Zamiast tego daje widzowi coś znacznie trudniejszego: prawdę sceniczną.
A prawda w teatrze zawsze się obroni. Nawet po wielu dekadach.
I dlatego właśnie w dniu jej urodzin najprościej powiedzieć: dobrze, że jest. I dobrze, że wciąż wychodzi na scenę.