„I ciężko jest ludziom rozważnym zdobyć się na głośne wypowiedzenie zdania, że to przecież męty i cierpkie kwasy…” – Piotr Chmielowski
Pycha
Konrad z „Wyzwolenia” mówi już w pierwszej scenie: „Jestem w każdym człowieku, żyję w każdym sercu” – i może ma rację, bo rzeczywiście odczytywano go przez pryzmat każdego ludzkiego serca, niezależnie od tego, czy znajdowało się po lewej, czy po prawej stronie. Zarówno konserwatyści, jak i liberałowie nie mieli problemu z przypisywaniem mu braku nadziei dla narodu, a jednocześnie w tym braku nadziei odnajdywali wyzwolenie z martyrologicznych ram. Pierwotny dramat nie doczekał się więc tak wyrazistego odczytania jak „Wesele” czy „Dziady”, ale stworzył duże pole do osobistej interpretacji wizji Wyspiańskiego.
Sam, wspominając studenckie zmagania z „Wyzwoleniem”, lekko się krzywię. Choć ciągle próbuję do niego podchodzić z pokorą, niefortunnie napotykam na twórczą pychę, objawiającą się w chęci stworzenia dzieła większego niż polityka, naród, jednostka – chęci zgubnej.
Kleczewska miała szansę rzucić nowe światło na utwór, w praktyce jedynie pomnożyła moje wątpliwości.
Upadek
Przede wszystkim spotęgowała chaos. „Wyzwolenie”, nawet przełożone możliwie dosłownie na scenę, może być konfundujące, nie mówiąc już o wersji bardziej postmodernistycznej. Scena miesza konwencje, kostiumy, a nawet role przypisywane poszczególnym postaciom. Szczególnie problematyczne jest to na początku – kiedy widz zastanawia się, ilu jest Konradów i do kogo mówią. Później zabiegi stają się bardziej czytelne (dla osoby dobrze zapoznanej z tekstem), co nie znaczy, że trafniejsze.
Tekst Wyspiańskiego zanika za parawanem pstrokatych zabiegów inscenizacyjnych. Może to moje indywidualne ograniczenia poznawcze, ale kiedy już zdołałem dopasować rolę do bohatera, musiałem odnaleźć go w tłumie ruchliwych postaci, zrozumieć wykrzykiwany tekst, a najlepiej jeszcze zerkać na okropne wizualizacje w tle. Te chyba najbardziej mnie zirytowały – przez swoją mętność i dynamiczność odwracały uwagę od najważniejszego, nie niosąc w zamian nic poza digitalowym rozkładem.
„Wyzwolenie” jest niezwykle eklektyczne. Tekst źródłowy częściowo broni bohaterów przemierzających sceniczne schody w kostiumach z różnych epok – to ponadczasowe rozliczenie narodu. Brakuje jednak jakiegokolwiek elementu łączącego albo przeciwnie – wyraziście różnicującego postacie. Zabiegi Kleczewskiej są mało czytelne, a na domiar złego – nieatrakcyjne wizualnie. Konrad w dżinsach, białej koszuli i kurtce z sieciówki zawodzi, zlewa się z tłumem, powszednieje.
Zderzenie
Jest jednak kilka scen, w których manifest reżyserki wybrzmiewa bardzo klarownie – chociażby ta, podczas której kobieta w ciąży wraz z mężem i bandą wściekłych nacjonalistów deklamują słowa Konrada o czystej krwi, zależności kobiet i powierzchownie rozumianym patriotyzmie. Wypowiedź reżyserki, szczególnie w scenach z maskami, staje się mniej mętna, ale równie cierpka. Nie wychwytuje napięć rządzących polską debatą publiczną, a jedynie krzyk, który z nich wynika. Polacy nie reprezentują już lęków czy frustracji – stają się nimi, definiowani przez nienawistne transparenty.
Czasami Kleczewska rzuci też jakieś oskarżenie w stronę kleru, łącząc obywatelską agresję z instytucją Kościoła. Sceny mają w sobie jednak więcej z szargania religijnych symboli niż z polemiki czy emocjonalnej reakcyjności.
Ot, Jezus Chrystus zamiast pomagać nieść krzyż konającym, wbija im go w serca, a u jego boku idą hierarchowie w ornatach – to nie skandal, a raczej skandaliczna klisza.
Nie twierdzę, że środowiska skrajnie konserwatywne są nietykalne – wręcz przeciwnie – przeraża mnie sposób, w jaki kapitalizują nienawiść wobec mniejszości narodowych, usprawiedliwiają ugrupowania faszystowskie, nie wspominając nawet o sprzedawaniu polskich interesów w zamian za podlizywanie się obcym mocarstwom. Tyle że Kleczewska ogranicza się do karykatur prawicowych mas (przy czym z łatwością przymyka oczy na działania skorumpowanych elit).
„Klątwa” Frljicia mogła zostawiać widza z niezgodą, „Wyzwolenie” pozostawia z obojętnością.
Krzyk
Byłem jednym z obrońców niedawnej premiery w reżyserii Kleczewskiej – „Sublokatorki”. Zachwycałem się, wspominając, z jaką umiejętnością reżyserka nasłuchiwała w nim duchów schowanych za deskami zatęchłej szafy. Im dłużej nasłuchiwała, tym głośniejsze były krzyki (do tej pory słyszę ich echa). Nie dotykała bezpośrednio współczesności, ale pokazywała dogłębnie, co ją nawiedza.
„Wyzwolenie” to sam krzyk, który nie trafia ani do serca, ani do mózgu, a jedynie wzmaga ból głowy. Reżyserka nie próbuje już zrozumieć skomplikowanego tekstu Wyspiańskiego, znaleźć analogii do współczesności – dużo częściej wycina jego fragmenty i wtłacza je w nieskładne manifesty.
Nadzieja
Myśląc o najnowszej wizji Konrada, przywołuję w pamięci Wielką Improwizację w interpretacji Gustawa Holoubka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tam, gdzie Holoubek budował znaczenie pauzą – świadomie zawieszając głos i kondensując sens w milczeniu – aktorzy nowego „Wyzwolenia” zmuszeni są do nieustannego przyspieszenia. W efekcie słowo traci ciężar, a fraza dramatyczna – swoją wewnętrzną dynamikę i metafizyczne napięcie.
Promykiem nadziei w całym spektaklu jest jednak monolog Starego Aktora, zagrany zresztą bardzo dobrze przez Tomasza Międzika, który ze stoickim spokojem zapala papierosa i mówi, że ma dość roli, musi wrócić do żony i dzieci. Pesymistyczne? Może i tak, ale to chyba jedyna scena, w której można doszukiwać się wyzwolin – porzucenia romantycznej maski i stanięcia przed samym sobą w szczerości.
Klata i Warlikowski zaprezentowali przedstawienia o wyraźnie zarysowanej koncepcji artystycznej. „Termopile polskie” bawiły się kulturowymi kliszami, ale w niektórych scenach je przełamywały. „Europa” okazała się ostatnim wzdychaniem kontynentu pozbawionego wszelkiej nadziei na przyszłość. „Wyzwolenie” po prostu zawiodło.
W czasach imperialnego niepokoju wciąż pozostaje nam więc czekać na teatralną odnowę.
Teatr Słowackiego