„Wegetarianka” brzmi jak obietnica intensywnego doświadczenia. Niczym dobre danie mieni się z daleka zachwycającymi kolorami, przyprawami i cenionym przepisem. Jednak czy syci?
Talerz
Żyjemy w świecie, w którym McDonald’s wchodzi na rynek z wegańską ofertą i mało kto dostrzega w tej sytuacji ironię. Paweł Miśkiewicz jest właśnie jednym z nielicznych. W swoim spektaklu wychodzi od tematu niejedzenia mięsa, jednak na tym nie poprzestaje. Interesuje go siła protestu, zmiana postrzegania. Kiedy główna bohaterka – Yong-Hye – decyduje się opróżnić lodówkę, burzy tym samym poczucie bezpieczeństwa reszty rodziny. Wprowadza do domu dyskurs, który nagością, głodem i ciszą potrafi zmieniać świat.
Skóra
Reżyser, opowiadając tę historię, bardzo sprawnie posługuje się dźwiękiem i ciałem aktorów. Od pierwszych scen na scenie pojawia się geomungo, które nadaje całości thrillerową atmosferę. Zaskakuje także głos aktorów. Szczególnie urzekła mnie deklamacja wiersza, odegrana niezwykle sprawnie przez Dominikę Bednarczyk. Marcin Kalisz dobrze dotrzymuje jej kroku. Oboje artyści mają co najmniej kilka scen, w których za pomocą własnego głosu próbują znaleźć pomost między polskim odbiorcą a koreańską formą ekspresji.
Jeśli chodzi o ciało, z każdym aktem opowieści przechodzi ono stosowne zmiany, zależnie od tego, czy obserwujemy je oczami kobiety, jej szwagra czy siostry. Jest tutaj ciało witalne, ciało zmęczone, ciało uprzedmiotowione – oddychające i pobudzone. Z każdą perspektywą przeobraża się, by na końcu przybrać formę wolnej ekspresji – wyrażonej zresztą bardzo sprawnie przez bohatera zbiorowego. Aktorzy wiją się, bezwładnie opadają, sztywnieją – to robi wrażenie. W połączeniu z dobrą choreografią i ciekawymi kostiumami daje to obrazek ładny. Jednak czy satysfakcjonujący?
Kości
„Wegetarianka” to rzemieślniczo precyzyjny projekt inscenizacyjny, który jednak obciążony jest kilkoma istotnymi problemami, z których najpoważniejszym pozostaje konstrukcja postaci. Zamiast pełnokrwistych bohaterów otrzymujemy figury dramaturgiczne – nośniki określonych postaw i idei. Ich obecność na scenie rzadko uruchamia ambiwalencję czy wewnętrzne napięcie; częściej funkcjonują jako ilustracje tez. Postacie drugoplanowe przybierają formę karykatur, podczas gdy Yong-Hye zostaje sprowadzona do roli silnie zsymbolizowanej, niemal emblematycznej figury buntu, co znacząco utrudnia odbiór jej doświadczenia w kategoriach psychologicznej wiarygodności.
W połączeniu z wyraźnymi problemami w prowadzeniu rytmu narracji, szczególnie dotkliwymi w drugim akcie, „Wegetarianka” traci dramaturgiczną intensywność i zaczyna nużyć. Gdyby wyciąć sceny powtarzające znane już widzowi informacje bądź skrócić niepotrzebne wizualizacje na ekranach monitorów, okazałoby się, że spektakl trwa o połowę krócej.
Choć bardzo chciałbym polecić „Wegetariankę”, nie mogę tego zrobić. To nie jest spektakl zły – co więcej, pod względem wykorzystania ciała na scenie bywa zaskakująco dobry. Problem w tym, że nie wzbudza większych emocji. Gdybym robił tabelkę w Excelu, być może stwierdziłbym, że ma więcej plusów niż minusów. Jednak teatr to nie równanie matematyczne, lecz żywe spotkanie, którego tym razem mi zabrakło.
https://teatrwkrakowie.pl/spektakl/wegetarianka