„Lubiewo” jest dla mnie dziełem niepowtarzalnym. Pozornie to zabawna książka o mężczyznach, którzy przybierają kobiece tożsamości w poszukiwaniu uciech cielesnych (cioty). Dla mnie jest to jednak przede wszystkim historia o głębokim nienasyceniu, opowiedziana w sposób, jakiego wcześniej nie spotkałem w polskiej literaturze. Witkowski prezentuje swoje historie naturalistycznie, a zarazem naznacza je bajkową fantazyjnością i poczuciem nostalgii. Wielkie historie o miłości i śmierci przybierają kamuflaż w postaci anegdotek o seksie z nieokrzesanymi, prostymi samcami (luje). Wstręt związany z przygodami bohaterek staje się równie przytłaczający, co swojski i poruszający.
Spektakl Piaskowskiego trafnie oddaje urok Witkowskiego i jego sposobu opowiadania. Robi ze sceny skansen dla wspomnień swoich bohaterów. Pozwala im wyjść na środek i tworzyć świat „Lubiewa” ex nihilo. Patrycja (Krzysztof Boczkowski) i Lukrecja (Tadeusz Ratuszniak) tworzą scenografię na bieżąco, wprowadzają nowe postacie, łamią czwartą ścianę. To niezwykle skuteczne zaproszenie do świata wrocławskich ciot.
Szczególne wrażenie zrobiła na mnie knajpa ORBIS. Dzięki logo odbijającemu się w szybie, stylizowanemu blatowi, ciepłemu oświetleniu i kojącej muzyce przywołuje utracony czas. To właśnie ta kojąca przestrzeń sprawia, że nawet szybki seks w łazience zostaje pokazany z perspektywy ciot i zyskuje nieoczekiwany ciężar emocjonalny. Idealizacja nie kończy się wyłącznie na kreacji knajpy. Warto wymienić chociażby krzaki i chmury użyte w jednej z historii. Ten prosty element scenografii jest znakiem konwencji obranej przez reżysera. Elementy otoczenia wyglądają momentami jak wyrwane ze szkolnego przedstawienia, podkreślając tym samym magiczność świata Witkowskiego.
Jest to widoczne szczególnie w pierwszej połowie spektaklu. Ta charakteryzuje się dużą dawką humoru i umowności. Druga część to już inne „Lubiewo” – takie, które konfrontuje się z konsekwencjami głodu swoich postaci, opresyjnym systemem komunistycznym i ludzką zawiścią. Nie brakuje w niej scen przemocy fizycznej i psychicznej. Sceny dramatyczne wypadają nie gorzej niż partie komediowe, a groteska zostaje zastąpiona autentycznym poczuciem lęku. Szczególnie dobrze ukazuje to fragment z przesłuchaniem Radwanickiej (Rafał Cieluch), zresztą bardzo dobrze zagranej. Momentami spektaklowi udaje się wręcz otrzeć o poziom znakomitych „Aniołów w Warszawie” w reżyserii Wojciecha Farugi.
A mimo to nie jestem fanem podziału spektaklu na dwa tak diametralnie różne rejstry. Sprawia on, że z „Lubiewa” ulatuje jego niepowtarzalna zdolność łączenia konwencji. Momentami brakuje mu emocjonalnej ambiwalencji, balansowania na granicy bluźnierstwa, karykatury, patosu i litości. Siła powieści polega na tym, że śmiech i rozpacz niemal nigdy nie występują oddzielnie. Podzielenie wątków na dramatyczne i komiczne jest drogą na skróty.
Tak samo nie rozumiem obsadzenia kobiet w rolach męskich. Oczywiście reżyser napisał w programie, że zabieg ten czyni spektakl bardziej uniwersalnym, otwartym na tematykę ludzką i społeczną. Moim zdaniem jest to jednak ogromne zubożenie względem tekstu źródłowego, a jednocześnie niewielki naddatek znaczeniowy. „Lubiewo” w cudowny sposób pokazuje zderzenie performowanej kobiecości (cioty) z agresywną, pierwotną, prymitywną, nieuświadomioną męskością (luj). Pogoń za prostakiem, który potraktuje bohaterki jak przedmioty, wykorzysta je i porzuci, jest esencjonalna dla oddania ducha „Lubiewa”. Piaskowski porzucił to na rzecz występów aktorek z wąsami. Niepotrzebnie wprowadził ciotowski karnawał do świata nieokrzesanych lujów. To właśnie różnica między tymi dwoma światami napędza powieść. Problemem nie są więc jednostkowe występy, ale niezrozumiałe decyzje reżysera.
Pozostając jeszcze przy grze aktorskiej, na szczególne pochwały zasługuje Mariusz Bąkowski w roli Michaśki. Idealnie udaje mu się połączyć początkową niepewność outsidera, który wkracza w świat wrocławskich ciot, z późniejszą arogancją i brawurą, szczególnie widocznymi podczas opowiadanych historii. Ogromne wrażenie robi opowieść o nieudanej randce. Bąkowski rewelacyjnie oddaje manieryzmy samego Witkowskiego, ale też po prostu ma bardzo dobre wyczucie puenty. Podaje historie z niebywałą swobodą.
Wrocławskie „Lubiewo” nie jest dziełem, które w jakikolwiek sposób mogłoby konkurować z magicznym naturalizmem Witkowskiego. Udaje mu się jednak uchwycić zarówno magię, jak i brutalność tego dzieła, choć w odseparowaniu, co również stanowi niewątpliwą wartość. Spektakl nie jest pełnoprawną ciotowską przygodą, ale stanowi udane zaproszenie do świata Witkowskiego.
WTW