Ćwiczenia z utraty kontroli
O „Śnie nocy letniej” w reż. Jakuba Krofty w ramach projektu Szekspir pod Gwiazdami pisze Monika Gruszfeld.
fot. Maks Małota




O „Śnie nocy letniej” w reż. Jakuba Krofty w ramach projektu Szekspir pod Gwiazdami pisze Monika Gruszfeld.
fot. Maks Małota
Kolejny raz „Sen nocy letniej” ogarnął warszawską widownię. Tym razem wesele Tezeusza i Hipolity odbyło się w Ogrodach Zamku Królewskiego, na scenie ustawionej przy Arkadach Kubickiego.
Miejsce jest należycie wyjątkowe: reprezentacyjne, uporządkowane, naznaczone historią. Na scenie stoją jedynie ściany, białe i kilka lustrzanych, widać kilka skromnych ślubnych dekoracji. Prosta scenografia Matyldy Kotlińskiej szkicuje jedynie jakieś miejsce ślubnych celebracji. Pozostawia przestrzeń aktorom, kostiumom i zmieniającemu się światłu. Lustra odbijają zachmurzone niebo oraz sylwetki postaci. Odbicia prowadzą własne, ciche przedstawienie: odwracają się do nas plecami, dublują gesty.
Właściwą atmosferę przedstawienia zdecydowanie tworzą kostiumy Matyldy Kotlińskiej. To one w największym stopniu budują różnicę pomiędzy światem wesela a przestrzenią elfów. Dopracowane, ekstrawaganckie i pobudzające wyobraźnię projekty łączą estetykę haute couture z formami zaczerpniętymi z natury. Ciała elfów wydają się zarazem organiczne i sztucznie wykreowane, jakby las nauczył się języka mody i widowiska.
Choreografia Mileny Czarnik oraz muzyka Daniela Malchara tworzą płynną rzeczywistość, w której postaci tracą orientację, poddają się chwilowym impulsom i nie potrafią już rozpoznać, które pragnienia rzeczywiście do nich należą. Elfy tańcząc i śpiewając, zabierają widzów w coś na kształt sennego rave’u w środku lasu.
Najwięcej sympatii publiczności zdobył Puk Bartosza Bieleni. Jest charyzmatyczny, arogancki w bardzo współczesny sposób i ostentacyjnie rozleniwiony. Jedyny tak swobodnie przemieszcza się między światami: zeskakuje ze sceny, znika za kulisami i zagaduje widzów. Wykonuje polecenia Oberona, ale wszystko, co się dzieje się, obserwuje z pobłażaniem. Wielkomiejskie problemy bohaterów wydają mu się banalne i łatwe do przewidzenia. Wystarczy, że ugodzi kogoś niewidzialną strzałką, wyprowadzi w pole albo sypnie magicznym pyłkiem. Resztę ludzie zrobią sami. Puk staje się figurą kogoś, kto potrafi sterować cudzymi pragnieniami, nie wydając przy tym żadnych bezpośrednich poleceń — jak wyjątkowo sprawny influencer.
Grzegorz Małecki jako Oberon dobrze kontruje nonszalancję Bieleni. Jest bardziej zaangażowany w ludzkie sprawy, a przy tym ma w sobie dużo uroku. Można zobaczyć w nim nocne odbicie statecznego Tezeusza, choć nie dysponuje równie stabilnym autorytetem. W świecie elfów Tytania wyraźnie go dominuje, a jej otoczenie nie darzy go szczególnym respektem. Tym silniejsza staje się jego potrzeba zaznaczenia przewagi. Oberon jest mężczyzną u władzy, który próbując odzyskać kontrolę, posuwa się do manipulowania cudzymi pragnieniami.
Skutki tej ingerencji widać wśród czwórki kochanków. Hermia Julii Totoszko i Helena Anny Smołowik znajdują się początkowo po przeciwnych stronach miłosnego układu. Pierwsza jest kochana i zdecydowanie broni prawa do własnego wyboru. Druga kocha bez wzajemności, gotowa zrezygnować z dumy i przekraczać własne granice, byle tylko pozostać blisko Demetriusza. Wpada w pułapkę walki o uczucie mężczyzny, który dostrzeże ją dopiero wtedy, gdy sam uzna ją za godną pożądania.
Smołowik dobrze wydobywa komizm Heleny, nie odbierając jej emocjonalnej prawdy. Jej desperacja śmieszy, ponieważ pozostaje boleśnie znajoma. Totoszko gra Hermię z większą powściągliwością. Jest w niej siła młodej kobiety, która chce o sobie stanowić, ale także niewinność i pewność osoby przyzwyczajonej do cudzego zainteresowania. W ateńskim porządku Hermia uchodzi za idealną kandydatkę na żonę — i dobrze wiedzą o tym zarówno Lizander, jak i Demetriusz.
W lesie obowiązujące wcześniej reguły przestają działać. Magia lubczyku rozluźnia hamulce, a męskie uczucia gwałtownie zmieniają kierunek: obaj bohaterowie zwracają się ku bardziej otwartej i zmysłowej Helenie. Ona sama, przyzwyczajona do odrzucenia, nie potrafi uwierzyć, że ich uczucia są szczere. Hermia po raz pierwszy doświadcza utraty zainteresowania i gwałtownego odrzucenia. Choć w Atenach kobiety pozostawały sobie bliskie, w świecie elfów walka o męskie względy wypiera ich przyjaźń.
Romantyczny Lizander Dobromira Dymeckiego i nieco brutalny Demetriusz Roberta Czerwińskiego reprezentują dwa odmienne oblicza męskości, lecz w lesie różnice między nimi szybko się zacierają. Obaj z jednakową pewnością zmieniają obiekt swoich uczuć i stają do kolejnego pojedynku — tym razem o inną kobietę. Ze swojej sennej przygody wracają pozornie odmienieni, gotowi do małżeńskich zobowiązań, choć trudno powiedzieć, ile w tej przemianie jest rzeczywistego rozpoznania, a ile działania magii i przywróconego porządku.
Szekspir nie śmieje się tu wyłącznie z zakochanych. Bardziej interesuje go ich niezachwiana wiara, że za każdym razem działają racjonalnie. Uczucia zmieniają się niemal na oczach widzów, lecz bohaterowie każdą zmianę przyjmują jako ostateczne rozpoznanie prawdy o sobie. W tym kryje się jeden z bardziej gorzkich tonów przedstawienia: człowiek potrafi tworzyć przekonujące uzasadnienia dla impulsów, nad którymi nie ma żadnej władzy.
Najpełniejszym obrazem kapryśności pożądania pozostaje spotkanie Tytanii Anity Sokołowskiej ze Spodkiem Wojciecha Kalarusa. Sokołowska buduje królową elfów jako postać silnej, nieco egzaltowanej kobiety, świadomej własnej pozycji. Miłość z oślą głową śmieszy, ale i niepokoi. Wszystkie uczucia w tym świecie okazują się równie podatne na przypadek i cudzą ingerencję. Nawet Tytania w miłości może utracić kontrolę i stać się obiektem drwin.
Błahe i śmieszne stają się nasze miłości, nienawiści i zauroczenia w obliczu lasu, który dla Ateńczyków — i być może również dla Warszawiaków — pozostaje przestrzenią pragnień trudnych do wyjaśnienia. Natura przejmuje władzę nad bohaterami bez względu na to, jak bardzo wydaje im się, że ich nie dotyczy.
Premierowego wieczoru nad stolicą nie było gwiazd. Były ciężkie chmury, a od drugiego aktu padał deszcz. Pogoda zmieniała światło, dźwięk, wpływała na wygodę i sposób odbierania przedstawienia. Przezroczyste peleryny stały się niezamierzonymi kostiumami widowni, która siedziała w deszczu i oglądała historię o tym, jak niewiele człowiek jest w stanie kontrolować. Jakby sama została trafiona magicznym zaklęciem. Uczestniczyła w rytuale prestiżowego wydarzenia kulturalnego, a jednocześnie została wystawiona na działanie pogody, zbiorowej wyobraźni i teatralnej iluzji. Należała równocześnie do miasta i do lasu, do rzeczywistości i do snu.
„Sen nocy letniej” Jakuba Krofty nie proponuje radykalnej reinterpretacji Szekspira. Jest spektaklem komunikatywnym, widowiskowym i świadomie otwartym na szeroką publiczność. Jego siła nie polega na przepisywaniu dramatu, lecz na uruchamianiu obecnych w nim napięć bez nadmiernego ich objaśniania. Prosta scenografia spotyka się tutaj z nieziemskimi kostiumami, aktorska energia z ponadczasowym tekstem, a teatralna fantazja z realną obecnością miasta.
Po zakończeniu spektaklu widzowie opuszczają ogród i wracają do siebie. Do telefonów, terminarzy, planów oraz przekonania, że od tej chwili wszystko znowu zależy od nich.
Puk może patrzeć na to z właściwym sobie rozbawieniem.
„Zapolska śmiała się z idei, by »kobieta miała iść przez życie cicho i spokojnie«. Taki gorset społecznych oczekiwań wpychał jednak kobiety w równie groteskowy stan, jakim dziś może być hałaśliwe manifestowanie wariacko rozumianej niezależności. Znanej aż nazbyt dobrze z czarnych marszy i mającej odzwierciedlenie na przykład w agresywnej proaborcyjnej propagandzie”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.