Mieszkańcy folwarku wyśpiewują swoją straszną historię. Zwierzęcy chór w przedstawieniu Wojciecha Kościelniaka domaga się uwagi — i ją dostaje, utrzymując widzów w napięciu przez niemal trzy godziny.
Na obrotowej scenie stoi stodoła. Początkowo pełni rolę agory, z czasem staje się siedzibą dyktatorskiej władzy. Zachowano ramy fabularne nieśmiertelnego tekstu Orwella, zmieniono jednak kilka wątków, a przede wszystkim dodano piosenki, które otwierają zupełnie nowe spojrzenie na historię tej nietypowej społeczności. „Folwark zwierzęcy” jako musical nabrał scenicznej świeżości.
Zestawienie okrutnej historii rodzącej się tyranii z dość lekką formą musicalu paradoksalnie sprawia, że widz patrzy na scenicznych bohaterów — wiedząc, co ich czeka — z jeszcze większym współczuciem. Beztroska nieświadomość śpiewających i tańczących zwierząt uderza tym mocniej, im bardziej pętla zaciska się na szyjach niczego nieświadomych postaci. Świetne układy choreograficzne, połączone z momentami niemal disneyowską muzyką, tworzą niezwykłą tragikomedię.
Przede wszystkim należy podkreślić, że spektakl nie miałby takiej siły oddziaływania, gdyby nie znakomite aktorstwo całej obsady. To, że Teatr Ludowy ma mocny zespół, wiadomo nie od dziś. To, że jest również uzdolniony wokalnie, potwierdziło się podczas premierowego wieczoru. Śpiewano bez fałszu, precyzyjnie, z oddaniem trudnych, często sprzecznych emocji. Przyjmując formę musicalu, siłą rzeczy najważniejsze były sceny zbiorowe — to one zawładnęły każdym zakątkiem widowni, nie tylko dzięki scenie wydłużonej tak, by tworzyła wybieg przecinający w poprzek teatralną salę.
Żeby nie było tak różowo — przedstawienie było podzielone na dwie, moim skromnym zdaniem, nierówne części. Podczas gdy pierwsza dość wolno rozwijała akcję i budowała napięcie, druga pędziła galopem przez kolejne sceny, przez co w dużej mierze widz był skazany na swego rodzaju „umowność” następujących po sobie wydarzeń.
Sprawa zwierząt. To dobrze, że we współczesnych realizacjach tekstu Orwella kładzie się nacisk na prawa naszych braci mniejszych (całkiem niedawno zrobił to Jan Klata w katowickim „Folwarku…”). Krowy, kury, psy i wszyscy inni mają głos — mogą upomnieć się o okrutne traktowanie, porywanie i zjadanie ich potomstwa. W Ludowym jest kilka takich momentów, które, nie rzucając oskarżeń wobec mięsożerców, na pewno dadzą im trochę do myślenia.
Świnie — czarne charaktery całej historii — przemawiają do ludu z mównic (skojarzenie z prezydenckimi debatami zupełnie przypadkowe). Są wyrafinowane, zimne i przebiegłe. A co gorsza — niepokojąco znajome, bliskie, zupełnie jakbyśmy spotykali je na ulicy, w telewizji i internetowych podcastach.
W trakcie spektaklu postacie kilkukrotnie śpiewają: „My jesteśmy zwierzętami, mało mózgu, dużo mięsa”. Parafrazując Orwella — nikt już nie wiedział, czy bohaterowie śpiewają o sobie, czy o ludziach. Dźwięk odbijał się od widowni na scenę, ze sceny na widownię — i niemożliwym było odróżnić, kto jest kim.
https://ludowy.pl/