27 stycznia kalendarz muzyczny układa się w znaczącą klamrę. Tego dnia urodził się Wolfgang Amadeusz Mozart, a zmarł Giuseppe Verdi. Dwie biografie, które – choć nie spotkały się w czasie – prowadzą ze sobą nieustanny dialog. Dwie wizje teatru muzycznego, dwa sposoby myślenia o człowieku na scenie i o wspólnocie na widowni. Idealny punkt wyjścia do felietonu nie tyle rocznicowego, co refleksyjnego.
Mozart jest w historii muzyki figurą paradoksalną. Z jednej strony – cudowne dziecko, mit geniuszu absolutnego, lekkości, doskonałej formy. Z drugiej – twórca, który rozmontował operę od środka, czyniąc z niej przestrzeń bezlitosnej analizy ludzkich relacji. Jego teatr nie polega na efekcie, lecz na prawdzie. U Mozarta nikt nie jest jednowymiarowy: Figaro nie jest tylko sprytnym służącym, Don Giovanni – wyłącznie libertynem, a Królowa Nocy – czarnym charakterem z koloraturą. Muzyka odsłania pęknięcia, sprzeczności, momenty wstydu i słabości, których tekst często nawet nie nazywa.
Verdi działa inaczej. To kompozytor gestu, napięcia i konfliktu. Jego teatr rodzi się z emocji zbiorowej – z krzyku, modlitwy, buntu, lamentu. Jeśli Mozart patrzy na człowieka z bliska, niemal intymnie, Verdi ogląda go na tle historii, polityki i społecznego porządku. Chór u Verdiego nie jest dekoracją, lecz głosem wspólnoty, sumieniem narodu, czasem tłumem domagającym się sprawiedliwości. To dlatego jego opery tak łatwo stają się zwierciadłem epok przełomu – od Risorgimenta po współczesne inscenizacje polityczne.
A jednak obaj spotykają się w jednym punkcie: w teatrze jako miejscu etycznym. Mozart bezlitośnie obnaża mechanizmy władzy, płci i klas – robi to z uśmiechem, ale i z chirurgiczną precyzją. Verdi nadaje tym mechanizmom ciężar tragedii. Gdzie u Mozarta upadek jest cichy i ludzki, u Verdiego staje się katastrofą. Violetta, Rigoletto czy Otello nie są ofiarami losu – są ofiarami systemów, które ich przerastają.
Z perspektywy człowieka teatru szczególnie fascynujące jest to, jak różnie obaj kompozytorzy myślą sceną. Mozart ufa reżyserii wewnętrznej – muzyka sama prowadzi aktora, determinuje gest, tempo, spojrzenie. Verdi domaga się decyzji inscenizacyjnej, wyrazistego obrazu, silnej koncepcji, bo jego dramat nie znosi neutralności. Mozart zniesie interpretacyjną subtelność, Verdi – jej brak obnaży.
W dniu, w którym jeden się rodzi, a drugi umiera, trudno oprzeć się wrażeniu symbolicznej zmiany warty. Mozart otwiera nowoczesność teatru muzycznego, Verdi ją domyka, nadając jej wymiar publiczny i polityczny. Jeden mówi szeptem o tym, co najbardziej wstydliwe, drugi krzyczy o tym, co najbardziej niesprawiedliwe.
I może właśnie dlatego obaj wciąż są tak boleśnie aktualni. Mozart przypomina nam, że każda relacja jest polem władzy, a Verdi – że każda władza ma swoje ofiary. Teatr, który potrafi dziś udźwignąć obu naraz, jest teatrem naprawdę żywym.