Po autobiograficznym, poruszającym Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję Mateusz Pakuła we wrocławskim Capitolu proponuje coś zupełnie innego – lekką i błyskotliwą historię osadzoną na styku nauki i fantazji. Złote płyty to rodzaj sentymentalnej podróży w czasie, w której reżyser powraca do swojej ulubionej estetyki – tej, w której science miesza się z fiction, a refleksja o kondycji człowieka spotyka się z humorem.
Pakuła opowiada historię grupy badaczy, którzy w latach 70. przygotowują słynną wiadomość NASA mającą reprezentować całą ludzkość przed potencjalnymi pozaziemskimi cywilizacjami. Akcja przenosi widzów do sali konferencyjnej, gdzie Carl Sagan (w tej roli charyzmatyczny Rafał Derkacz) i jego ekipa debatują nad zawartością Złotych Płyt – analogowych dysków, które Voyager wysłał w kosmos jako wizytówkę Ziemi. Co umieścić na pokładzie? Klasyki muzyki (od Chucka Berry’ego po Kate Bush i Led Zeppelin), dźwięki natury, pozdrowienia w 55 językach? A może fotografie przedstawiające nagie ludzkie ciała albo obrazy wojny? Pakuła pokazuje to jako absurdalny cyrk: naukowcy kłócą się o każdy detal, politycy wciskają swoje „poprawki”, a w tle iskrzy romans między Saganem a Ann Druyan (udana rola Katarzyny Pietruskiej).
To jednak nie sucha rekonstrukcja naukowych narad, lecz lekka, pełna humoru i muzyki opowieść o ludzkich emocjach, ambicjach i miłości. Spektakl balansuje między filozoficzną refleksją a farsą, momentami przybierając formę energicznej komedii romantycznej, napędzanej przebojami z epoki, absurdalnymi dialogami i zabawnymi potyczkami między członkami komisji.
Pomysł, by przedstawić tę historię jako serię zebrań zespołu, okazuje się wyjątkowo trafny – widz może śledzić ewolucję relacji między bohaterami i absurdalne próby uzgodnienia tego, czym właściwie jest „ludzkość w pigułce”. Niestety, mimo ciekawego konceptu, nie wszystko działa jak należy. Chwilami brakuje rytmu. Choć Złote płyty trwają zaledwie półtorej godziny, tempo miejscami siada. Powtarzane gagi, zbyt długie pauzy i kilka rozciągniętych scen rozbijają rytm całości.
Humor opiera się w dużej mierze na rubaszności i nostalgii za stylem lat 70. – znajdziemy tu zarówno dowcipy o zabarwieniu erotycznym, jak i proste, slapstickowe sceny (choćby bójkę w konwencji slow motion). Część żartów trąci nieco myszką, ale całość ratują dystans i autoironia.
Największym skarbem tego spektaklu – jego prawdziwym „złotem” – jest Frank w wykonaniu Emose Uhunmwangho. Jej pseudonaukowe tyrady, w których zamienia zawiłe formuły fizyczne i matematyczne w czystą poezję absurdu, to prawdziwe perełki. Scena, w której interpretuje Pochodzenie świata Courbeta jako wizualne streszczenie Drużyny Pierścienia, należy do momentów, w których spektakl osiąga swój najwyższy poziom. Ten rodzaj intelektualnego absurdu to właśnie kwintesencja teatru Pakuły.
Estetycznie Złote płyty to prawdziwa uczta. Scenografia Justyny Elminowskiej – z konferencyjnym stołem, kredową tablicą, czerwonym telefonem i dumnie wiszącym logo NASA – przenosi nas wprost do amerykańskiego biura z końca lat 70. Jej projekt, stonowany, pełen szczegółów i starannie dobranych rekwizytów, zachwyci wszystkich miłośników stylu vintage. Muzyki nie ma tu wiele, ale każda piosenka – w nowych aranżacjach Antonisa Skoliasa i Zuzanny Skolias-Pakuły – organicznie wynika z akcji. Choć momentami pojawia się w sposób pretekstowy, wprowadza świeży oddech i podkreśla emocjonalne tony spektaklu.
Pakuła nie boi się sięgać po klisze. Wręcz przeciwnie – z rozkoszą zanurza się w nostalgicznej atmosferze lat 70., z ich naiwną wiarą w postęp i przyszłość. Nawet jeśli żarty nie zawsze trafiają w punkt, Złote płyty pozostają wdzięczną, utrzymaną w konsekwentnej tonacji – lekko ironicznej, inteligentnej i podszytej empatią – przyjemną propozycją na wieczorne wyjście do teatru. To przedstawienie, które raczej bawi, niż wzrusza, ale też przypomina, że w każdej, nawet najbardziej absurdalnej opowieści o ludzkości, kryje się echo naszych prawdziwych tęsknot.
https://www.teatr-capitol.pl/spektakle/zlote-plyty/