Każdy raj ma swoje ciemne miejsce
O „Dolinie Salinas” w reż. Jakuba Zalasy w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie pisze Agnieszka Loranc.
fot. Artur Gawle
O „Dolinie Salinas” w reż. Jakuba Zalasy w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie pisze Agnieszka Loranc.
fot. Artur Gawle
Jakub Zalasa ponownie szpera w amerykańskim kodzie kulturowym i po raz kolejny bierze na warsztat klasykę, której nie traktuje jak zamkniętej księgi. Jest Kalifornia, ale pod kowbojskimi kapeluszami czają się biblijni Kain i Abel. Jest rodzina, ale pod obrusem wspólnego stołu kryje się tajemnica. Jest Eden, a w nim wężowisko.
Adam Trask (Tadeusz Łomnicki) chce dać swoim synom wszystko to, czego sam nie miał. Próbuje też zrekompensować pustkę po Cathy (Matylda Baczyńska), która porzuca jego oraz ich wspólne dzieci. Tworzy więc Eden. Problem w tym, że raj zbudowany przez jednego człowieka zawsze będzie nosił ślady jego zasad, lęków i wyobrażenia o szczęściu. Synowie zaczynają rozsadzać ten świat od środka, a ich relacja staje się alegorią biblijnej historii Kaina i Abla.
Aron (Przemysław Płaczek) wybiera drogę wiary i porządku. Chce zostać pastorem, studiuje na Stanfordzie, a na horyzoncie pojawia się także wizja ślubu z piękną i inteligentną Abrą (Angelika Smyrgała). Ciąży na nim jednak brzemię nieustannego podążania od sukcesu do sukcesu. Co dzieje się z człowiekiem, który próbuje sprostać takiemu wyobrażeniu o idealnym życiu? Abra zauważa, że Aron, pisząc do niej listy, jakby nie adresował ich do niej, lecz do stworzonego przez siebie wyobrażenia idealnej kobiety. Być może jest ono wynikiem braku żeńskiego autorytetu matki, a być może próbą wpisania się w idylliczną wizję życia, którą od dzieciństwa kreuje przed nim Adam.
Cal (Jędrzej Hycnar) pozostaje bliżej ziemi i własnych emocji. Jest porywczy, zazdrosny i nieprzewidywalny, a przede wszystkim naznaczony rolą „gorszego” syna. To jednak właśnie jemu przypada poznanie prawdy, która podważa cały porządek zbudowany przez ojca. Cal pierwszy dowiaduje się, że Cathy nie tylko porzuciła rodzinę, ale prowadzi dom publiczny. Wiedza ta staje się dla niego kolejnym ciężarem, ale także próbą charakteru. Chłopak decyduje się skonfrontować z prawdą, której ojciec przez lata nie chciał dopuścić do rodzinnego Edenu.
Reżyser nie pozwala wtłoczyć bohaterów w sztywny podział na dobro i zło. Podobnie potraktowana zostaje Cathy – matka bliźniaków, która tuż po ich narodzinach decyduje się porzucić macierzyństwo i życie małżeńskie. Czy można osądzić ją jako złego człowieka? Patrząc przez normatywny pryzmat społecznych ról i oczekiwań, to ojciec ma chronić rodzinę, syn ma być posłuszny, kobieta ma być żoną i matką. Każde odstępstwo łatwo osądzić jako egoizm czy moralne wykroczenie. W „Dolinie Salinas” niemal każdy próbuje działać w przekonaniu, że wybiera dobro. Tyle przy użyciu własnego filtra.
Dla Zalasy szczególnie istotne staje się jednak to, co ukryte pod powierzchnią słów. W swoich spektaklach chętnie zagląda w etymologię, więc tym razem wydobywa ze Steinbecka hebrajskie timszel – „możesz”. To jedno słowo zmienia perspektywę całej historii. Człowiek nie jest skazany ani na zło, ani na dobro. Ma możliwość wyboru, a wraz z nią odpowiedzialność za własne decyzje.
Trudno byłoby przenieść na scenę całą rozbudowaną sagę Steinbecka, dlatego scenariusz nie ujmuje części wątków. Zadbano przy tym, aby jednak uwypuklić historie wszystkich bohaterów, dzięki czemu niemal każdy z aktorów otrzymuje przestrzeń na stworzenie pełnowymiarowej postaci.Tylko raz miałam poczucie, że spektakl zatrzymuje się w miejscu mniej istotnym dla głównej historii – podczas opowieści Samuela o dziejach jego rodziny. Scena jest zagrana bez zarzutu, jednak czas antenowy można było przeznaczyć na mocniejsze wyeksponowanie np. postaci Li, chińskiego służącego rodziny, którego sam Samuel określa jako „intrygującą postać”.
Katarzyna Łubik buduje fantastyczną rolę. Niezwykła jest skromność tej postaci. Mimo lat spędzonych z rodziną Trasków i roli cichego opiekuna Li wciąż nie przypisuje sobie prawa do przekraczania granicy między sługą a panem. Nie zajmuje miejsca przy rodzinnym stole, dopóki nie zaprosi go do niego Cal. W tym geście ujawnia się nie tylko jego pokora, ale i siła społecznego porządku, którego granice Li sam sobie wyznacza.
Drugą, nieco poboczną, ale w spektaklu bardzo istotną postacią jest Faye, w którą wciela się (również odpowiedzialna za choreografię) Martyna Dyląg. Wyjęta z powieści była właścicielka domu publicznego, do którego trafia Cathy, na scenie zamienia się w królika krążącego wokół bohaterów, zwodzącego ich i wprowadzającego zamęt. Zestawienie Faye i Li przypomina układ yin i yang – dwie siły, które nie tyle się ścierają, ile muszą współistnieć, aby opowieść mogła kołem się toczyć.
Do tego scenicznego świata należą również sam reżyser oraz Jan Bąk. Przez większość spektaklu ukryci w cieniu drzewa wykonują muzykę na żywo, by w pewnym momencie pojawić się na scenie jako stróże prawa prowadzący małe śledztwo. To kolejny element wpisujący „Dolinę Salinas” w estetykę westernu. Najmocniej świat ten buduje jednak scenografia Jakuba Kotyni. Kaktusy, tory kolejowe i wahadłowe drzwi tworzą sceniczną „bombonierkę”, w której zamknięta zostaje historia rodziny Trasków. Przestrzeń współgra z kostiumami zaprojektowanymi przez Julię Zawadzką i Karolinę Mertę. Bohaterowie zostają wpisani w kowbojską estetykę, na jej tle szczególnie wybijają się jednak kobiece sylwetki. Stylizacje Abry częściowo naśladują męską modę, podkreślając niezależność bohaterki, ale jednocześnie pozostają kobiece. Stroje Cathy są bardziej barokowe, natomiast Faye (Martyna Dyląg) staje się niemal pruderyjno-erotycznym emblematem. Kostium jest tu kolejnym sposobem opowiadania o bohaterach.
Każdy raj potrzebuje swojego węża. Bez niego nie byłoby wygnania, winy ani wyboru. Nie byłoby też historii. „Dolina Salinas” okazuje się więc opowieścią nie tyle o walce dobra ze złem, ile o niemożności jednoznacznego rozdzielenia tych dwóch porządków. Zalasa wykorzystuje Steinbeckowską historię, by przypomnieć, że każdy człowiek otrzymuje możliwość wyboru, ale żaden wybór nie pozostaje w próżni. Jego Eden nie jest miejscem wolnym od pęknięć – przeciwnie, to właśnie przez nie widać najlepiej jego mieszkańców.
„Dlatego też ta debata na krakowskim Placu Szczepańskim, w sąsiedztwie sceny narodowej, w niesamowitej atmosferze przesuwających się nad nami niemal burzowych czarnych chmur, lecących stadami po nieboskłonie kraczących wron zlatujących na noc na korony drzew na pobliskich Plantach (widok jak z kultowego filmu »Ptaki« Alfreda Hitchcocka!) i chłodnym wietrze próbującym obalić baner z tematem debaty… A była to debata budująca, ale pełna złych przeczuć tego, co mogą przynieść brunatniejące czasy, jeśli społeczeństwo w porę się nie opamięta…”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.