Twórczość Jana Potockiego, mimo upływu lat, wciąż wydaje się młoda. Czuć w niej ducha rewolucji — zarówno w poglądach autora, jak i w samej formie. Jednak rewolucyjność „Parad” jest wyjątkowa — swoją pełnię ujawnia dopiero na scenie.
Nic więc dziwnego, że grupa z Rzeszowa wybrała na miejsce inscenizacji Łazienki Królewskie — Oranżerię i przyległe ogrody. Arystokratyczne otoczenie trafnie dopełnia kontekst historyczny.
AKT I
No właśnie – kontekst historyczny. Choć pierwszy akt jasno zarysowuje charakter i pochodzenie postaci oraz ton całego spektaklu, kuleje pod względem tempa. Bohaterowie czekają przy stole na Potockiego, a my czekamy wraz z nimi, niecierpliwiąc się. Scenę można by uatrakcyjnić, wprawiając postacie w ruch lub po prostu skracając ekspozycję. Niestety, komizm budowany jest tu poprzez długie dialogi, oszczędną formę i repetytywność.
AKT II
Zdecydowanie lepiej wypada część plenerowa: zbiór skeczy balansujących między burżuazyjnym konwenansem, commedią dell’arte a ironią autora. Arystokraci gubią swoje role – i w tym właśnie tkwi urok. Humor wzmacniają zmienność konwencji, błyskotliwe riposty i przesadna hiperbolizacja, szczególnie gdy łączy się z oschłymi komentarzami Potockiego czy kąśliwym językiem lokaja.
Zresztą to właśnie Piotr Napierała, grający lokaja, wyróżnia się najbardziej. Jego postać prowadzona jest trochę jak kowal z polskiego serialu 1670 – bohater równie niepozorny, co elokwentny, zabawny i błyskotliwy. Swoje momenty ma również Maciej Karbowski, grający Jana, a i reszta obsady daje z siebie wszystko. Nie jest to jednak poziom zbliżony do inscenizacji Zaleskiego z 1978 roku, gdzie lekkość szła w parze z wyczuwalnym napięciem.
Spektakl jest też nierówny technicznie. Muzyka i światło dość sprawnie dopełniają akcję, ale scenografia i kostiumy rozczarowują ubóstwem – kilka masek czy peleryn dodałoby fantazji, a większy prospekt – głębi.
AKT III
Nawet jeśli wiele elementów do mnie nie trafiło, doceniam spektakl za próbę gry z konwencją na początku i dobrą zabawę w jego środkowej części. Niestety, trzeci akt zawodzi. Po pierwsze – burzy wyobraźnię, na której zbudowany był humor, wprowadzając na scenę ekran. Po drugie – prezentuje wątki biograficzne i polityczne w sposób chaotyczny i przeciągnięty. Po trzecie – robi to bez smaku, korzystając z tanich zabiegów filmowych, jak zmodulowany głos czy nieestetyczne filtry.
Z przyjemnością patrzy się, z jaką beztroską aktorzy paradują po scenie. Bawią się oczekiwaniami widowni, rzucają żartami, zapraszają do wspólnego śpiewu. „Paradom” brakuje jednak spójności artystycznej i wyczucia – przez co, szczególnie finałowe, strzały bardziej przypominają kapiszony niż fajerwerki.
https://teatr-rzeszow.pl/