Z ogromnym smutkiem i głębokim poruszeniem przyjąłem wiadomość o jej odejściu. Była wybitną artystką sceny, niezwykłą damą wrocławskiego teatru, a dla mnie – zarówno jako widza, krytyka, jak i kolegi po fachu – uosobieniem rzadkiej siły scenicznej: cichej, ale niepodważalnej. I niezłomnej uczciwości wobec sztuki.
Widziałem ją na scenie zaledwie kilka razy – a jednak każde z tych spotkań zostawiło we mnie ślad. Najmocniej – w Wycince Krystiana Lupy, gdzie jako Kucharka wprowadzała na scenę szczególny rodzaj milczenia, które brzmiało głośniej niż jakikolwiek monolog. Dubielówna nie mówiła wiele – a jednak była obecna z pełną intensywnością. Potrafiła wypełnić ciszę znaczeniem, które mogło dorównać najgłębszemu dramatowi. To niezwykła umiejętność – nieefektowna, ale wywiedziona z głębokiego zrozumienia człowieka i tekstu.
Częściej spotykałem ją w Teatrze Telewizji – w spektaklach Lupy: Kuszeniu cichej Weroniki, Immanuelu Kancie, Hannie Wendling – i innych, w których role, choć z pozoru drugoplanowe, były filarami rytmu i sensu całej opowieści. Była nie tylko aktorką – była współtwórczynią świata przedstawionego. Autentyczną, skupioną, niosącą w sobie jakąś trudną do uchwycenia jasność.
Jako Pani Kant – krucha, ironiczna, mądra, z dystansem. Jako Ciotka w Weronice – emanująca doświadczeniem, które wciąż jeszcze próbuje się zmieścić w słowach. I znów – jako Kucharka – postać, która pojawiała się po to, by przypomnieć, że prawdziwy teatr nie polega tylko na mówieniu, ale przede wszystkim na byciu.
Związana z Teatrem Polskim we Wrocławiu od 1965 roku aż do końca – była wzorem ciągłości i lojalności wobec miejsca i ludzi. Z pokorą i rzemieślniczym oddaniem przechodziła przez kolejne epoki polskiej sceny, odnajdując wspólny język z każdym nowym reżyserem. Mistrzyni niuansu, interpretacji, która nie narzucała się publiczności, lecz cicho zapraszała ją do dialogu.
Jako krytyk i aktor z pokolenia, które znało Krzesisławę Dubielównę głównie z jej późnych ról, widzę w niej symbol aktorstwa uczciwego, głęboko zanurzonego w procesie twórczym – z dala od hałasu i blichtru, ale zawsze blisko prawdy. Reżyserzy ją kochali – Lupa szczególnie – bo wnosiła na scenę świat, którego nie da się zapisać w didaskaliach. Aktorzy ją szanowali – bo gra obok niej zobowiązywała. A publiczność? Wciąż ją pamięta – może właśnie dlatego, że zostawiała na scenie coś więcej niż tylko ślad roli. Zostawiała ślad człowieka.
Z żalem, ale i głęboką wdzięcznością, żegnamy dziś artystkę, która pokazała nam, czym jest aktorstwo w najczystszej formie – bez potrzeby błyszczenia, bez szukania poklasku.
Krzesisława Dubielówna – cicha wielkość. Niezapomniana.