Nie kupuję do końca tej opowieści o „nostalgicznej podróży”. To zbyt wygodna etykieta dla koncertu, który w rzeczywistości był czymś znacznie bardziej precyzyjnym i – paradoksalnie – współczesnym.
Wieczór „Aleja gwiazd” w Teatrze Roma nie był sentymentalnym spacerem po przebojach lat 80. i 90., lecz świadomie skonstruowanym spektaklem muzycznym, w którym pamięć została poddana reinterpretacji. To zasadnicza różnica. Anna Sroka-Hryń nie „przypominała” piosenek – ona je rozmontowywała i składała na nowo, traktując jak materiał dramatyczny.
Największym atutem tego koncertu była jej dyspozycja wokalna – i nie chodzi tu o efektowność, lecz o kontrolę. Sroka-Hryń śpiewa dziś głosem w pełni świadomym: potrafi go „odchudzić” niemal do szeptu, by za chwilę poprowadzić frazę szeroko, bez cienia wysiłku. Co ważne, nie epatuje skalą ani techniką. W jej interpretacjach nie ma ani grama wokalnego narcyzmu – jest za to rzadko spotykana dyscyplina myślenia muzycznego. Każda fraza wydaje się wynikać z poprzedniej, każda pauza coś znaczy.
To szczególnie było słychać w utworach dobrze osadzonych w zbiorowej pamięci. Tam, gdzie łatwo popaść w imitację oryginału, ona konsekwentnie szła w stronę znaczenia. Piosenki przestawały być „przebojami”, a zaczynały funkcjonować jak monologi sceniczne – z napięciem, rytmem wewnętrznym, czasem wręcz z konfliktem.
Fundamentem tego efektu były aranżacje Piotra Wrombla. To one nadały całości właściwy ton: zamiast rekonstrukcji – dekonstrukcja; zamiast nostalgii – napięcie między tym, co znane, a tym, co właśnie powstaje na naszych oczach. Wrombel bardzo umiejętnie operuje redukcją: zostawia przestrzeń, nie boi się ciszy, nie zagęszcza faktury ponad potrzebę. Dzięki temu każda zmiana barwy czy rytmu ma realny ciężar.
Zespół funkcjonował nie jako akompaniament, lecz jako równorzędny partner sceniczny. Szczególnie wyraźnie zaznaczał swoją obecność Robert Murakowski – jego trąbka nie tyle „ozdabiała” utwory, ile prowadziła z wokalistką dialog. Były momenty, w których instrument przejmował narrację, dopowiadając to, czego głos już nie artykułował. Mateusz Dobosz i Karol Domański budowali z kolei strukturę rytmiczną z dużą kulturą powściągliwości – bez nadmiaru, ale z wyczuciem pulsu.
To, co najbardziej odróżniało ten koncert od typowych „wieczorów z przebojami”, to jego teatralność – nie w sensie anegdot czy zapowiedzi, lecz konstrukcji. Program miał wyraźną dramaturgię: od form bardziej zewnętrznych, komunikatywnych, ku coraz większej koncentracji i skupieniu. Publiczność była w tę drogę wciągana niemal niezauważalnie – bez deklaracji, bez nachalnych sygnałów.
I właśnie dlatego ten koncert działał najmocniej tam, gdzie był najprostszy. Bez efektów, bez ironii, bez mrugania okiem. W tych momentach okazywało się, że Sroka-Hryń nie potrzebuje żadnej konwencji ochronnej – wystarcza jej głos i świadomość, co chce nim powiedzieć.
„Aleja gwiazd” w tym wydaniu nie była więc ani przeglądem hitów, ani sentymentalnym powrotem. Była próbą odpowiedzi na znacznie ciekawsze pytanie: co zostaje z piosenki, kiedy zdejmie się z niej warstwę przyzwyczajeń?
Okazuje się, że całkiem dużo. I że w odpowiednich rękach może to brzmieć zaskakująco świeżo.
TM Roma