Rzadko zdarza się, by materiały promujące spektakl tak trafnie oddawały efekt, który oglądamy na scenie. W przypadku najnowszego (i – jak twierdzi reżyser – ostatniego) spektaklu Iwana Wyrypajewa zapowiadano nie klasyczne przedstawienie, lecz doświadczenie. I dokładnie to otrzymujemy – doświadczenie, które angażuje przede wszystkim nasz zmysł słuchu i intelekt.
„Jedyne najwyższe drzewa na ziemi” to dramat fabularnie oszczędny, osadzony w realiach współczesnej Ameryki. Sandy (Karolina Gruszka) i Dorothy (Magdalena Górska) dzień w dzień spotykają się w przestrzeni przypominającej warsztat – wśród trocin, na leżakach, z piwem i papierosami. Rozmawiają. Punktem wyjścia za każdym razem jest tragedia sprzed roku, gdy syn ich sąsiada Boncha (Bartłomiej Topa) utonął w rzece. Ojciec codziennie modli się pod tym samym drzewem w pobliskim parku, prosząc o wybaczenie. Kobiety ironizują na temat jego postawy, lecz ich dialog szybko wykracza poza tę prywatną historię (choć powraca do niej jak mantra). Dyskutują o wszystkim: o wojnach, głodzie, lotach na Marsa, tybetańskiej filozofii, projektach futurystycznego miasta w Arabii Saudyjskiej oraz produkowanych w Chinach iPhone’ach, służących ludziom do komunikacji, która rzadko kiedy niesie ze sobą treść.
W dialogach i monologach bohaterek odbija się szum informacyjny oraz nadmiar gotowych, często sprzecznych odpowiedzi na wyzwania współczesnego świata. Ich sarkazm, ironia i lekceważące podejście okazują się maską bezradności wobec rzeczywistości, której nie sposób już uporządkować ani objąć jednym systemem wartości. Cynizm jest dla nich jedyną stałą w świecie pozostającym w nieustannej zmianie. Pojawienie się Boncha, który z denerwującym uśmiechem oznajmia, że wyprowadza się do Francji, rozszczelnia ich pozorną stabilność. Jego spokój, pewność siebie i zakorzenienie we własnej filozofii odbierają jak wyznanie szaleńca.
Reżyser rezygnuje z psychologizowania postaci. Traktat o kryzysie współczesnego humanizmu rozgrywa na poziomie języka – bogatego w absurdy i specyficzny, momentami czarny humor. Przekład Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej zachowuje puls i gęstość oryginału. Aktorskie trio – Gruszka, Górska, Topa – wykonało tytaniczną i bardzo świadomą pracę zarówno na poziomie intelektualnym, jak i warsztatowym. Z rytmicznego, opartego na powtórzeniach i świadomie użytych wulgaryzmach tekstu, podawanego w tempie karabinu maszynowego, wydobywają momenty warte zaakcentowania i wypauzowania, tak aby podkreślić sensy. Nie zawsze trafnie, ale w wypadku formy teatralnego spotkania, jakie proponuje Wyrypajew, nie jest to zarzut.
To przedstawienie powstaje w relacji z publicznością i wymaga otwartości na płynące z widowni sprzężenie zwrotne. Chcę wierzyć, że tempo i akcenty będą dojrzewać wraz z kolejnymi pokazami. Zależą bowiem w dużej mierze od światopoglądu i wrażliwości odbiorcy – od tego, jak przefiltruje on tekst przez własny system wartości. To spektakl wymagający od widza wysokich kompetencji intelektualnych. Tego, by zamiast pytać „czy”, pytał „jak być albo nie być” i – wzorem bohaterów – próbował odnaleźć odpowiedź. Wyrypajew nam jej nie daje. Kieruje jednak naszą uwagę ku pytaniom o fundamenty, na których chcemy budować przyszłość ludzkości.
Teal House