Rossini jak to Rossini – nie schodził poniżej pewnego poziomu, niemniej jestem w stanie zrozumieć, czemu ta pokazana pierwszy raz w 1813 r. sztuczka zrobiła na premierze klapę.
Wbrew esejowi w książce programowej nie szukałbym tu niczyjej zazdrosnej intrygi: „Il Signor Bruschino” po prostu nie jest osiągnięciem na miarę choćby ciut późniejszej „Włoszki w Algierze”. Mimo ciekawych efektów w partyturze (łącznie ze znakiem firmowym tej opery, czyli uderzaniem smyczkami w pulpit) trudno w niej o coś na tyle oryginalnego i melodyjnego, by wpadło na dłużej w ucho. Sztampowo komediowe libretto z nagromadzeniem sytuacji nieprawdopodobnych (czy to nie jasne, że kryjący swe pochodzenie Florville musi o nim mówić sam do siebie w miejscu, gdzie może go podsłuchać Bruschino?) i dramaturgicznych dłużyzn mających dać artystom okazję do pośpiewania (jak duet Sofii i Gaudenzia o oznakach miłości) też nie bawi na miarę szczytowych osiągnięć opery buffa. Fraszka, igraszka, zabawka blaszana – ale czasem warta wznowienia choćby z ciekawości.
Tak naprawdę warto było ją wznowić choćby i wyłącznie dla Pawła Michalczuka. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać w Polskiej Operze Królewskiej (i rzadko gdzie poza nią) basa, który od pierwszych słów zdołałby wprawić w drżenie powietrze w całej sali, nie podnosząc przy tym specjalnie głosu, a tylko go skupiając, zachowując przy tym idealne frazowanie i przyjemną barwę oraz ćwicząc ze sztangą (sic!). Nie omieszkam bacznie śledzić jego rozwoju, który sądząc po mediach społecznościowych przykuł nie tylko moją uwagę. Niespełna 27-letni artysta ma też spory talent aktorski, trzeba jednak przyznać, iż tu akurat trafiła mu się na scenie silna konkurencja; w ogóle choreografia Anny Hop rozruszała wykonawców bardziej niż to na co dzień bywa.
Pozostali śpiewacy byli zespołem przyzwoitym i wyrównanym, tyle że dali się zapamiętać raczej z aktorskiej vis comica niż z głosów. Dotyczy to i zabawnie przerysowanego komisarza policji (Piotr Kędziora), sztywnego jak znak drogowy, i rumianego oberżysty Filiberta (Grzegorz Żołyniak), i przede wszystkim samego signora Bruschino (Kamil Zdebel), nieodparcie śmiesznego w kolejnych atakach furii, ale niestety zawodzącego w końcowym ansamblu I części, w której, przyznajmy, kazał mu Rossini terkotać z prędkością mitraliezy.
Inscenizacja Jitki Stokalskiej, która pierwszy raz z „Signorem” mierzyła się prawie pół wieku temu, ma w sobie trochę nużącej przewidywalności (chwyt z prześcieradłami). Są też jednak pomysły może ograne, lecz wciąż wzbudzające uśmiech na twarzy (scena ucieczki Florville’a przed czeladzią – dodana zresztą przez reżyserkę! – w której chowa się on w każdym możliwym zakamarku ze spódnicą Marianny włącznie), i kilka zaskakujących (poranny trening Gaudenzia, wprost cyrkowy w wykonaniu). POK coraz lepiej radzi sobie nadto z wykorzystaniem świateł i projekcji w specyficznej przestrzeni Teatru Stanisławowskiego, gdzie niemożność zbytniej rozbudowy scenografii nadrabiać muszą multimedia; reżyser świateł Maciej Igielski przyczynił się do uroku tego spektaklu nie mniej niż Stokalska lub scenograf Wojciech Stefaniak, a chwilami (początek) nawet bardziej. W sumie nie jest to produkcja wiekopomna, ale znać w niej solidność starej szkoły, co sądząc z reakcji widzów wpisało się w oczekiwania. Gorzej, że nie widać zbyt wielu następców, a kandydaci na takowych niejednokrotnie muszą – z różnymi efektami – szukać rozwiązań po omacku.
Polska Opera Królewska