Edward Linde-Lubaszenko. Aktor, który niósł w sobie historię

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Edward Linde-Lubaszenko. Aktor, który niósł w sobie historię

Aktor, który przez ponad sześć dekad łączył tradycję z nowoczesnością, autorytet z pokorą, scenę z pamięcią historii.

Opublikowano: 2026-02-09
fot. Janusz Skrobot

Śmierć Edwarda Linde-Lubaszenki zamyka jeden z najważniejszych rozdziałów polskiego teatru powojennego – rozdział pisany konsekwencją, etosem pracy i dziś rzadką umiejętnością łączenia wielkiej tradycji aktorstwa zespołowego z indywidualną, niepodrabialną obecnością sceniczną.

Był aktorem w najlepszym, klasycznym sensie tego słowa: zanurzonym w literaturze, wrażliwym na strukturę dramatu, świadomym historii sceny, a przy tym zdolnym do dialogu z nowymi językami teatru aż do ostatnich lat swojej aktywności. Jego biografia – naznaczona doświadczeniem wojny, przesiedleń, zmiany tożsamości i języków – odcisnęła trwały ślad na sposobie, w jaki był na scenie: zawsze „od środka”, zawsze serio.

Aktor długiego trwania

Droga Edwarda Linde-Lubaszenki wiodła przez najważniejsze zespoły i nazwiska polskiego teatru drugiej połowy XX wieku. Teatr Współczesny we Wrocławiu, gdzie u Jerzego Jarockiego stworzył przejmujące role w Starej kobiecie wysiaduje Tadeusza Różewicza czy w Paternoster Helmuta Kajzara, był miejscem jego artystycznego przełomu. Później – przez ponad trzy dekady – Stary Teatr w Krakowie stał się jego naturalnym środowiskiem: przestrzenią spotkań z Jarockim, Swinarskim, Wajdą, Lupą, Bradeckim.

Jego role – od Lapkina-Tiapkina w Rewizorze, przez Łopachina w Wiśniowym sadzie, po Gyubala Wahazara, Chłopickiego czy Wernyhorę – łączyła szczególna cecha: autorytet bez nadużycia, siła bez efekciarstwa, ironia podszyta melancholią. Było to aktorstwo myślące, głęboko osadzone w sensach tekstu, a zarazem niezwykle cielesne.

Stańczyk – figura domknięcia

Nie sposób mówić o późnym Lubaszence bez wspomnienia Stańczyka. Widziałem go w tej roli w Weselu Jana Klaty z Narodowego Starego Teatru. Był to Stańczyk nie jako maska ironii, lecz jako figura pamięci – ktoś, kto wie więcej, bo widział już wszystko. Jego obecność na scenie stawała się znakiem ciągłości polskiego teatru: jego sumieniem i archiwum.

Symboliczne jest, że to właśnie rolą Stańczyka zamknął swoją sceniczną drogę we wrześniu 2025 roku w Teatrze Narodowym.

Wysocki i spotkanie w Kłodzku

Szczególne miejsce w mojej pamięci zajmuje listopad 2018 roku i Festiwal Teatrów „Zderzenie” w Kłodzku. 29 listopada wręczałem Edwardowi Linde-Lubaszence Nagrodę Krytyka Teatralnego za rolę w spektaklu Wysocki. Powrót do ZSRR w reżyserii Piotra Siekluckiego (Teatr Nowy Proxima w Krakowie).

Była to kreacja wybitna – ascetyczna, wewnętrznie napięta, pozbawiona imitacyjnych chwytów. Nie „grał” Wysockiego, lecz niósł jego los: ciężar biografii, sprzeczności, samotność artysty uwikłanego w historię. Podczas krótkiego spotkania po ceremonii uderzyła mnie jego skromność i uważność – cechy dziś niemal zapomniane u aktorów tej klasy.

Teatr Telewizji – aktorstwo bliskiego planu

Oddzielnym rozdziałem pozostaje jego ogromny dorobek w Teatrze Telewizji. Od Widoku z mostu, przez Żałobę przystoi Elektrze, Dziady, Granicę, Ryszarda III, aż po Marię Stuart – był mistrzem kameralnej skali, aktorem doskonale rozumiejącym różnicę między scenicznym gestem a telewizyjnym półtonem. To tam szczególnie wyraźnie ujawniała się jego zdolność budowania postaci bez emfazy, z absolutną kontrolą sensu i rytmu słowa. Dla wielu widzów – także tych, którzy rzadko bywali w teatrze – był właśnie tam pierwszym i najtrwalszym doświadczeniem wielkiego aktorstwa.

Mistrz i nauczyciel

Nie można pominąć jego roli pedagoga i profesora sztuk teatralnych. Jako wykładowca i dziekan Wydziału Aktorskiego krakowskiej PWST kształtował kilka pokoleń aktorów, przekazując im nie tylko warsztat, ale – co ważniejsze – etykę zawodu. Uczył odpowiedzialności za słowo, za partnera, za widza.

Pożegnanie

Edward Linde-Lubaszenko należał do tych artystów, którzy nie potrzebowali legendy – bo byli nią w codziennej pracy. Jego odejście nie jest tylko stratą osobową; jest odejściem pewnego tonu w polskim teatrze: tonu powagi bez patosu, ironii bez cynizmu, tradycji bez skostnienia.

Zostaje pamięć ról, zapisów, spektakli. I świadomość, że przez ponad sześć dekad mieliśmy na scenie aktora, który wiedział, po co tam jest.

Narodowy Stary Teatr

Kategorie:


Cytat Dnia

„[...] tekst Shakespeare’a jest jak ludzkie kolano: dopóki nikt przy nim nie majstruje, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jak precyzyjnie został skonstruowany. Wystarczy jednak wyciąć kilka pozornie zbędnych elementów, żeby nadal dało się chodzić, ale już nie całkiem normalnie”

Tomasz Domagała o „Makbecie”, reż. Paweł Ziemilski; Festiwal Szekspirowski.pl, 27.07.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL