Śmierć Edwarda Linde-Lubaszenki zamyka jeden z najważniejszych rozdziałów polskiego teatru powojennego – rozdział pisany konsekwencją, etosem pracy i dziś rzadką umiejętnością łączenia wielkiej tradycji aktorstwa zespołowego z indywidualną, niepodrabialną obecnością sceniczną.
Był aktorem w najlepszym, klasycznym sensie tego słowa: zanurzonym w literaturze, wrażliwym na strukturę dramatu, świadomym historii sceny, a przy tym zdolnym do dialogu z nowymi językami teatru aż do ostatnich lat swojej aktywności. Jego biografia – naznaczona doświadczeniem wojny, przesiedleń, zmiany tożsamości i języków – odcisnęła trwały ślad na sposobie, w jaki był na scenie: zawsze „od środka”, zawsze serio.
Aktor długiego trwania
Droga Edwarda Linde-Lubaszenki wiodła przez najważniejsze zespoły i nazwiska polskiego teatru drugiej połowy XX wieku. Teatr Współczesny we Wrocławiu, gdzie u Jerzego Jarockiego stworzył przejmujące role w Starej kobiecie wysiaduje Tadeusza Różewicza czy w Paternoster Helmuta Kajzara, był miejscem jego artystycznego przełomu. Później – przez ponad trzy dekady – Stary Teatr w Krakowie stał się jego naturalnym środowiskiem: przestrzenią spotkań z Jarockim, Swinarskim, Wajdą, Lupą, Bradeckim.
Jego role – od Lapkina-Tiapkina w Rewizorze, przez Łopachina w Wiśniowym sadzie, po Gyubala Wahazara, Chłopickiego czy Wernyhorę – łączyła szczególna cecha: autorytet bez nadużycia, siła bez efekciarstwa, ironia podszyta melancholią. Było to aktorstwo myślące, głęboko osadzone w sensach tekstu, a zarazem niezwykle cielesne.
Stańczyk – figura domknięcia
Nie sposób mówić o późnym Lubaszence bez wspomnienia Stańczyka. Widziałem go w tej roli w Weselu Jana Klaty z Narodowego Starego Teatru. Był to Stańczyk nie jako maska ironii, lecz jako figura pamięci – ktoś, kto wie więcej, bo widział już wszystko. Jego obecność na scenie stawała się znakiem ciągłości polskiego teatru: jego sumieniem i archiwum.
Symboliczne jest, że to właśnie rolą Stańczyka zamknął swoją sceniczną drogę we wrześniu 2025 roku w Teatrze Narodowym.
Wysocki i spotkanie w Kłodzku
Szczególne miejsce w mojej pamięci zajmuje listopad 2018 roku i Festiwal Teatrów „Zderzenie” w Kłodzku. 29 listopada wręczałem Edwardowi Linde-Lubaszence Nagrodę Krytyka Teatralnego za rolę w spektaklu Wysocki. Powrót do ZSRR w reżyserii Piotra Siekluckiego (Teatr Nowy Proxima w Krakowie).
Była to kreacja wybitna – ascetyczna, wewnętrznie napięta, pozbawiona imitacyjnych chwytów. Nie „grał” Wysockiego, lecz niósł jego los: ciężar biografii, sprzeczności, samotność artysty uwikłanego w historię. Podczas krótkiego spotkania po ceremonii uderzyła mnie jego skromność i uważność – cechy dziś niemal zapomniane u aktorów tej klasy.
Teatr Telewizji – aktorstwo bliskiego planu
Oddzielnym rozdziałem pozostaje jego ogromny dorobek w Teatrze Telewizji. Od Widoku z mostu, przez Żałobę przystoi Elektrze, Dziady, Granicę, Ryszarda III, aż po Marię Stuart – był mistrzem kameralnej skali, aktorem doskonale rozumiejącym różnicę między scenicznym gestem a telewizyjnym półtonem. To tam szczególnie wyraźnie ujawniała się jego zdolność budowania postaci bez emfazy, z absolutną kontrolą sensu i rytmu słowa. Dla wielu widzów – także tych, którzy rzadko bywali w teatrze – był właśnie tam pierwszym i najtrwalszym doświadczeniem wielkiego aktorstwa.
Mistrz i nauczyciel
Nie można pominąć jego roli pedagoga i profesora sztuk teatralnych. Jako wykładowca i dziekan Wydziału Aktorskiego krakowskiej PWST kształtował kilka pokoleń aktorów, przekazując im nie tylko warsztat, ale – co ważniejsze – etykę zawodu. Uczył odpowiedzialności za słowo, za partnera, za widza.
Pożegnanie
Edward Linde-Lubaszenko należał do tych artystów, którzy nie potrzebowali legendy – bo byli nią w codziennej pracy. Jego odejście nie jest tylko stratą osobową; jest odejściem pewnego tonu w polskim teatrze: tonu powagi bez patosu, ironii bez cynizmu, tradycji bez skostnienia.
Zostaje pamięć ról, zapisów, spektakli. I świadomość, że przez ponad sześć dekad mieliśmy na scenie aktora, który wiedział, po co tam jest.
Narodowy Stary Teatr