To, co najbardziej może podobać się w pierwszej części spektaklu (a co niestety nie jest kontynuowane później), to dalekowschodnia przestrzeń zbudowana z szacunkiem dla tamtejszej kultury, której na szczęście nikt nie próbował uwspółcześniać na siłę. Świadczą o tym zarówno kostiumy, jak i scenografia (Barbara Hanicka) oraz muzyka (Rafał Mazur) grana na żywo – cudowne dźwięki geomungo. Ukoronowaniem przeniesienia południowokoreańskiego stylu na krakowską scenę był przejmujący monolog Dominiki Bednarczyk, mający – jak mniemam – przypominać sposób gry w teatrze pansori.
Druga część to powrót męskiej władzy. Szwagier głównej bohaterki (Krzysztof Zarzecki) wykorzystuje swoją pozycję artysty, by posiąść coraz słabszą fizycznie i psychicznie Yong-Hye. Pod pretekstem natchnionej wizji aranżuje sytuację, w której ta ma odgrywać dwuznaczne sceny wraz z zaproszonym do całej akcji współwykonawcą (Paweł Smagała). Plan jednak nie powodzi się – chłopak buntuje się przeciw wizjonerowi. Reżyser zdaje się w tym momencie wychodzić daleko poza „Wegetariankę”, dorzucając swoją cegiełkę do dyskusji na temat stawiania granic na linii artysta–wykonawca. Zawód koordynatora scen intymnych wciąż pozostaje bowiem czymś, o czym szeroka publiczność raczej niewiele słyszała.
Tryptyk zamyka performance sanatoryjny, czyli jak zostać drzewem. Jest to najbardziej nierówna, a przez to najsłabsza część spektaklu. Stan Yong-Hye, która nie je już nic, pogorszył się na tyle, że ląduje w szpitalu psychiatrycznym. Tam wraz z resztą pacjentów z pełnym zaangażowaniem oddaje się sylwoterapii i uziemianiu. Dość chaotyczna dynamika trzeciej części sprawia, że widz zaczyna się gubić. Taniec zabandażowanych pacjentów, ubranych w ziemiste (a jakże) kolory, przedłuża się, przez co pojawia się znużenie. Niestety niszczy to misterną nić tkaną od początku spektaklu. Tylko In-Hye (Karolina Kazoń), czyli siostra głównej bohaterki, która gra pierwsze skrzypce w tej części przedstawienia, ratuje ją przed porażką.
Jak wspomniałem na początku, przemiana tytułowej „Wegetarianki” ma bardziej wymiar duchowy niż stricte żywieniowo-światopoglądowy. Myślę, że kiedy Yong-Hye mówi o chęci stania się drzewem, ma na myśli coś filozoficznie głębszego niż tkwienie na głowie w doniczce (to nie figura retoryczna – aktorzy naprawdę nurkują w donicach). Z kolei na plus należy zaliczyć przerażającą scenę przymusowego szpitalnego karmienia sondą.
Kiedy słyszymy ze sceny historię o tym, jak ojciec Yong-Hye zamęczył psa, bo podobno wtedy jego mięso jest najsmaczniejsze (tak, w Korei Południowej je się psy), na myśl przychodzą opowieści tzw. myśliwych, upajających się polowaniami w polskich lasach i układających rytualny pokot. Wyrafinowany sadyzm, jak widać, nie ma barier geograficznych. Gdy Chong upokarza swoją żonę tylko dlatego, że postanowiła przestać wpisywać się w utarty schemat, widzimy jakże dobrze znane nam sytuacje dziejące się tu i teraz – być może za naszą ścianą.
„Wegetarianka” w Teatrze Słowackiego to spektakl nierówny, momentami nieprzemyślany i pochopny, ale jednocześnie odważny, poszukujący, mocny aktorsko, zawierający kilka scen, które zostają w pamięci na dłużej. Mógłby być bardziej wymagający wobec widza – nie można jednak mieć wszystkiego.
Teatr Słowackiego w Krakowie