Wszystko się rusza, tylko my stoimy
O spektaklu „Anioł zagłady” w reż. Daty Tavadze w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Alicja Cembrowska.
fot. Karolina Jóźwiak




O spektaklu „Anioł zagłady” w reż. Daty Tavadze w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Alicja Cembrowska.
fot. Karolina Jóźwiak
„Anioł zagłady« w Teatrze Dramatycznym jest spektaklem chłodnym – scenografia epatuje plastikową roślinnością, choreografie, choć precyzyjne, sugerują marazm, a uwięzieni w pokoju piękni i bogaci gasną, zamiast błyszczeć swoim uprzywilejowaniem. Społeczne diagnozy, które podejmuje reżyser, pozostają raczej rozsypanymi hasłami, widmami ukrywającymi się za dymnymi obłokami niż realnie rozpracowanymi tematami.
Uprzejmy wieczór pod znakiem fetyszyzowania własnego statusu i celebracji ustalonych norm kończy się, a właściwie nie może się skończyć, ponieważ towarzystwo z niewyjaśnionych przyczyn nie jest w stanie opuścić pokoju. To sytuacja z czarnej komedii Buñuela z 1962 roku, którą Data Tavadze – gruziński reżyser poszukujący systemu w chaosie – przenosi na scenę Teatru Dramatycznego. Zamknięcie w komfortowej bańce, brak wrażliwości na innych i nachalne epatowanie możliwościami swojego portfela – brzmi jak zachęta do bezlitosnej analizy współczesności w szalonej i abstrakcyjnej formie.
I początkowo zdaje się, że nam, współczesnym, się dostanie. Widownia odbija się w nieco zniekształconych lustrach na tyle sceny. Zespół aktorski krąży, podaje dłonie, wita zgromadzonych gości. Trudno o wyraźniejsze zatarcie granic. Rzeczywistość spektaklu dosłownie schodzi ze sceny i przedziera się do naszego tu i teraz.
Bohaterowie to hermetyczna grupa, która żyje według klasowych reguł i etykiet. Pławi się w swoim jestestwie. Reżyser Data Tavadze pokazuje to chociażby za pomocą choreografii – wystudiowane ruchy ciała dają poczucie bezpieczeństwa; goście chodzą jak na wybiegu podczas pokazu mody, prezentują się, działają (do pewnego momentu) w wewnętrznie określonym rytmie. Układ taneczny ludzi cywilizowanych.
Czerwone światła, wulkaniczna makieta i sztuczna roślinność budują przestrzeń, która od początku nosi w sobie zapowiedź rozpadu. Scenografia nie sugeruje stabilnego świata, lecz jego stopniową erozję. W tle migają czerwone napisy: „protokół przetrwania”, „small talk”, „zażarta dyskusja na ważkie tematy”. Ten zabieg okazuje się jednak zaskakująco redundantny. Ekrany komunikują dokładnie to samo, co bohaterowie wypowiadają ze sceny, przez co zamiast pogłębiać znaczenia, jedynie je powielają. W efekcie pozostają pustym ornamentem – elementem nadmiernie objaśniającym rzeczywistość spektaklu i sprowadzającym ją do poziomu pedantycznej instrukcji obsługi.
Najlepiej w „Aniele zagłady” działają sceny zbiorowe – gdy grupa wpada w synchroniczne pulsowanie, łączy się w wydawanym dźwięku, konstruuje kolektywną rzeczywistość. Takie momenty, dość częste, doskonale pokazują ludzi, którzy nie potrafią myśleć indywidualnie, potrzebują zagrożenia, żeby się zjednoczyć. Monotonna choreografia ma być denerwująca – i jest. To działa.
Brakuje jednak gestu prawdziwej prowokacji. Polityka, migracja czy zrównoważony rozwój pojawiają się jedynie jako sygnały współczesności – hasła wywołane, lecz nieprzepracowane. Tavadze miał w materiale Buñuela narzędzie do podjęcia tematów, które dziś organizują społeczne napięcia i rozgrzewają publiczną debatę. Mógł wydobyć ich najbardziej drażliwe punkty, sprawdzić, gdzie przebiegają współczesne linie podziału. Zamiast tego pozostaje na poziomie ogólnych aluzji. Spektakl jedynie wskazuje kierunki interpretacji, nie decydując się na ich pogłębienie. Reżyser dostrzega potencjał tych tematów, lecz konsekwentnie unika ryzyka, jakie wiązałoby się z ich rzeczywistym rozwinięciem.
Najmocniejszym ogniwem spektaklu pozostaje zespół aktorski. Anita Sokołowska, Mariusz Drężek i Krzysztof Szczepaniak budują swoje role z wyczuciem ironii i scenicznej elegancji, unikając przy tym przerysowania. Na szczególną uwagę zasługuje Jan Sałasiński w roli Łukasza, ostatniego służącego, który nie opuścił domu gospodarzy. Jego zdystansowanie graniczy ze zblazowaniem, a obserwowane z boku zamieszanie komentuje dyskretnym, gorzkim uśmiechem. To właśnie w aktorstwie najpełniej ujawnia się potencjał przedstawienia. Cały zespół pracuje na niuansach i drobnych gestach, które łatwo przeoczyć, lecz to one nadają scenicznym relacjom wiarygodność i gęstość.
„Anioł zagłady” pozostawia niedosyt. To przedstawienie formalnie konsekwentne, momentami wręcz imponujące dyscypliną środków, ale zarazem zaskakująco chłodne emocjonalnie. Kiedy inscenizacja zaczyna grzęznąć w powtórzeniach, ciężar spektaklu przejmuje zespół aktorski, który nie pozwala mu całkowicie utracić energii. Tavadze dostrzega w materiale Buñuela potencjał do postawienia diagnozy współczesności, jednak zatrzymuje się na etapie rozpoznania. Zamiast podjąć dialog z oryginałem i dopisać do niego własny komentarz, pozostaje blisko jego struktury i znaczeń. W efekcie otrzymujemy sprawnie zrealizowane wznowienie idei, ale nie jej twórcze rozwinięcie. A przecież sam spektakl podpowiada, że wyjście z pułapki wymaga aktu woli. Tej odwagi zabrakło jednak nie bohaterom, lecz samej inscenizacji.
„Zapolska śmiała się z idei, by »kobieta miała iść przez życie cicho i spokojnie«. Taki gorset społecznych oczekiwań wpychał jednak kobiety w równie groteskowy stan, jakim dziś może być hałaśliwe manifestowanie wariacko rozumianej niezależności. Znanej aż nazbyt dobrze z czarnych marszy i mającej odzwierciedlenie na przykład w agresywnej proaborcyjnej propagandzie”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.