Zwrot ludowy zadomowił się w kulturze na dobre, również w teatrze. Społeczno-krytyczne odczytania chłopskiego losu, magiczne wątki, apoteoza zbiorowej pamięci – to wszystko już było u Demirskiego, Maciejewskiej, Kuciel-Frydryszak czy w interpretacjach samych „Chłopów” w Warszawie, Gdyni, Krakowie.
Sięgając po prozę Łukasza Barysa, Kalina Jagoda Dębska wraz z adaptatorką Anną Mazur miały niełatwo, ale opowieść o znaczeniu wiejskiego dziedzictwa wyszła im nieźle.
Przyglądają się wsi współczesnej, po transformacji ustrojowej lat 90., w której nie straszą widma Szeli czy Złego Pana, ale autostrada przecinająca niewielką miejscowość. Autostrada w Sromutce jest jak edukacja w Taplarach – zaburza rytm, niszczy relacje, wprowadza chaos pojęciowo-aksjologiczny.
Co ciekawe, ten symbol sukcesu transformacji nie znajduje odbicia w scenografii. Przynajmniej na scenie ośrodka kultury, w którym przyszło mi spektakl oglądać. Nie dawał mi jednak spokoju niewykorzystany biały ekran stojący w głębi sceny i obejrzałam zdjęcia na stronie teatru. No i rzeczywiście, to był jeden z kilku odcinków owej autostrady. Na macierzystej scenie dosłownie dzielący przestrzeń gry na pół i wiszący nad głowami aktorów jak miecz Damoklesa. Widać, „w terenie” zabrakło technicznych możliwości – szkoda, bo ekrany błyskając – jak domniemywam – upiornym fioletowym światłem, imitowały linię przerywaną jezdni, dając poczucie przytłoczenia i nieuchronnej katastrofy. W szerokim, społecznym wymiarze, ale też katastrofy prywatnej, jednostkowej: „Na początku września matka i kochanek zostali przecięci na pół przez ciężarówkę, co skutecznie udaremniło im ucieczkę na północ”. Te słowa narratora Marcela są niemal Hitchcockowskim zawiązaniem akcji. Niestety potem zamiast trzęsienia ziemi mamy łagodną balladę.
Sceniczna przestrzeń w zamierzony sposób trąca skansenem. Przaśne obiekty z drewna i konopnych sznurków zaprojektował Łukasz Horbów, puszczając oko w stronę naszych stereotypowych skojarzeń. Mam wrażenie, że zapełniały scenę nieco bezładnie, ale to może znów kwestia miejsca pokazu. Pojemnym w skojarzenia znakiem były cynowe wiadra wypełnione (prawdziwymi!) ziemniakami, bo „Polska to ziemia i ziemniaki, a nie czerwone maki”. Dyskurs z romantyzowanym obrazem wsi odbywa się w przedstawieniu zarówno na słownym, jak i na wizualnym poziomie. W kostiumach zgrabnie pomieszano elementy ludowych wzorów i faktur z ubraniami aspirującymi do luzu i nowoczesności. W oczy rzuca się wielka drewniana skrzynia, stojąca nieco w głębi, skąd wyłażą – dosłownie i w przenośni – duchy, pogrzebane historie i uporczywe wyobrażenia o tym, „jak być powinno”. Rozmowy z duchami przodków czy postaciami ontologicznie niejednoznacznymi wpisują się w świeży sposób w specyfikę tak bardzo polskiego teatru pamięci.
Przedstawienie zaczyna się pantomimiczną sceną żniw do wtóru dochodzącego z off-u utworu „Żniwa, Jasiu, żniwa” w wykonaniu ludowej śpiewaczki z Roztocza. To trochę hołd dla tradycji, trochę z niej kpina – ziemia i praca nie są już w Sromutce bezwzględnymi wartościami. Te dyktuje telewizja, a jej oglądanie i komentowanie – aktorzy siedzą na krzesłach ustawionych przodem do widowni – zajmuje im sporo czasu. Właściwie na tym zasadza się ich życie. Siew i żniwo, a także religijne rytuały straciły swoje metafizycznie sensy, a żałoba nad plastikowym workiem na zwłoki jest żenującym pokazem nie wiadomo dla kogo, bo nikogo nie porusza.
Czwórka aktorów nieustannie zmienia tonacje, balansując między groteską a tonem serio i wcielając się w kolejne postacie. Bohaterowie żyją w innych światach, ale szukają wspólnoty. Karol Czajkowski jako Marcel jest czułym narratorem, którego oczami oglądamy wiejski świat, ale też ekspresyjnym kochankiem matki. Kamila Bartkowiak, przekonująca jako wycofana niedojda Milenka, znakomicie parodiuje Elżbietę Jaworowicz. Wielowymiarową postać Ojca zbudował Maciej Półtorak, brawurowo łącząc zapalczywość z ironią i tonami gorzkiej refleksji. W jego trzymającej w napięciu spowiedzi może najwięcej znalazło się zapowiadanej przez twórców spektaklu wiwisekcji „wiejskiego trupa”. Z kolei Babcia Czesławy Monczki nie jest zrzędzącą strażniczką starego porządku, jak można by się spodziewać. Chłopską mądrością przystosowuje się do nieuchronnych zmian. Urokliwa jako Bożątko, chwyta za serce jako Leokadia B. i jako ta postać wypowiada najważniejsze zdanie – przesłanie spektaklu: I tak nie dowiemy się, kim jesteśmy, nie dowiemy się wszystkiego – chodzi o to, żeby się lepiej poczuć po tym gadaniu. Gadaniu, czyli poszukiwaniu siebie i swoich korzeni, nawet jeśli wydają się wstydliwe lub śmieszne, a świat dodatkowo ma je za nic.
Uważność na przeszłość, humor i dystans wobec teraźniejszości to walory tej realizacji. Ciekawe pomysły wizualne i inscenizacyjne, dobre tempo i aktorstwo sprawiają, że ogląda się go z zainteresowaniem.
Teatr im. Adama Mickiewicza