Szekspir w ukropie nazizmu
O spektaklu „Zmierzch bogów” na podstawie filmu Luchino Viscontiego w reż. Waldemara Raźniaka w Teatrze Polskim w Bydgoszczy pisze Aram Stern.
fot. Arkadiusz Wojtasiewicz




O spektaklu „Zmierzch bogów” na podstawie filmu Luchino Viscontiego w reż. Waldemara Raźniaka w Teatrze Polskim w Bydgoszczy pisze Aram Stern.
fot. Arkadiusz Wojtasiewicz
Wytrawni znawcy filmu dobrze wiedzą, iż genezę i początki niemieckiego nazizmu najlepiej egzemplifikują trzy klasyki X muzy: „Kabaret” Boba Fosse’a, „Mefisto” Istvána Szabó i „Zmierzch bogów” Luchino Viscontiego. To właśnie scenariusz tego ostatniego ekranowego dzieła posłużył Waldemarowi Raźniakowi do przeniesienia na scenę Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy adaptacji filmowej. Tym razem nie na tę niewielką przy Alejach Mickiewicza, lecz do wnętrza Hali Pomp Muzeum Wodociągów w Bydgoszczy.
Eklektyczny styl sali, z przewagą cech neogotyckich, z drewnianym kasetonowym stropem wspartym na rzędzie profilowanych kolumn, stał się idealną przestrzenią dla akcji spektaklu, którego wiele scen dzieje się w zamku Kleistburg – siedzibie niemieckiej rodziny przemysłowców von Essenbeck. Scenografce i autorce kostiumów, Barbarze Guzik, w tej muzealnej przestrzeni udało się stworzyć nie tylko klimat siedziby arystokracji z długim stołem w zamkowej jadalni, ale i symbolicznie ulokować inne miejsca akcji, jak: gimnazjum w Monachium, siedzibę gestapo czy robotnicze mieszkanie w dzielnicy biedoty Abisynia w Bydgoszczy (na terenie której hitlerowcy zorganizowali obóz dla pracowników przymusowych w niemieckich zakładach zbrojeniowych). Widowni usadzonej w kształt litery „L” zmianę wielu miejsc akcji „podpowiadają” na ekranach napisy zapisane pismem gotyckim.
Adaptowany przez reżysera przedstawienia scenariusz filmowy „Zmierzchu bogów” Nicoli Badalucco, Enrica Medioli i Luchino Viscontiego (w tłumaczeniu Haliny Kralowej i Eweliny Damps) w zasadzie nie odbiega od swego ekranowego pierwowzoru. Waldemar Raźniak inscenizuje historię dwóch lat (1933–1934) z życia niemieckiej rodziny Essenbecków, przemysłowców, właścicieli stalowni, od pożaru Reichstagu do „nocy długich noży”, linearnie, eksponując przede wszystkim okoliczności rozkładu i upadku rodziny. Raźniak „unieruchamia” jednak na moment napięcia historii sprzed ponad dziewięćdziesięciu lat, na przykład piosenką „99 Luftballons” Neny z 1983 roku czy przemówieniem Josepha Goebbelsa w ówczesnej Bromberg z 1 grudnia 1939 roku.
O ile zastąpienie filmowej parodii Marleny Dietrich antywojenną popową piosenką z czasów zimnej wojny w występie Martina von Essenbecka (Michał Surówka) wydaje się być nie tylko żartem reżysera, ale i przestrogą przed katastrofalną wojną („99 Jahre Krieg ließen keinen Platz für Sieger”, co oznacza: „99 lat wojny nie pozostawiło miejsca dla zwycięzców”), o tyle przemówienie nazistowskiego ministra propagandy (Paweł L. Gilewski) niewiele wnosi do samej dramaturgii spektaklu. Jest po prostu akcentem lokalnym w tragicznej historii Bydgoszczy, nawiązującym do tzw. Bromberger Blutsonntag (Bydgoskiej Krwawej Niedzieli), czyli nagonki medialnej Goebbelsa, w której, w zamieszkach spowodowanych przez niemieckich dywersantów w początkach kampanii wrześniowej, zginęło około 400 mieszkańców Bydgoszczy pochodzenia niemieckiego, a w odwecie życie straciło kilka tysięcy miejscowych Polaków i Żydów.
Tym samym jednak bydgoski „Zmierzch bogów”, choć swą intrygą przenosi nas w odległe lata trzydzieste minionego stulecia, może być niezwykle wyraźnym lustrem doby obecnej, pozwalającym przyjrzeć się w nim dramatom czasów współczesnych, w których ekonomiczny interes najbogatszych ciągle napędza zataczające coraz szersze kręgi wojny. Na świetnym plakacie autorstwa Michała Dyakowskiego rakiety układające się w swastykę mogłyby spadać na miasta w Ukrainie, Strefie Gazy i Bejrucie…
Polityczny cynizm polityków prowadzi do odrodzenia się totalitaryzmów – nie tylko o nich mówi fabuła spektaklu Waldemara Raźniaka: tu skondensowane zło tkwi w samej rodzinie walczącej o wpływy, ale także o życie. Gdy skrytobójczo zamordowany zostaje senior rodu, Joachim von Essenbeck (Marian Jaskulski), jego rodzina rozpoczyna bezpardonową walkę o władzę i wpływy. Mechanizmów demonicznych tej „wojny” scenarzyści filmu szukali w „Makbecie” Szekspira, „Biesach” Dostojewskiego, „Buddenbrookach” Thomasa Manna oraz czwartej części tetralogii Richarda Wagnera „Pierścień Nibelunga” – „Zmierzchu bogów” („Götterdämmerung”). Raźniak za nimi fenomenalnie podąża.
Jego reżyseria skupia się jednak przede wszystkim na psychologicznym studium postaci tej mrocznej familii i wspaniałych kreacjach aktorskich, bardzo naturalnych, podczas gdy te filmowe trącą już nieco myszką. W rolę wdowy Sofii von Essenbeck i Friedericha Bruckmanna (czyli szekspirowskich alter ego Lady Makbet i Makbeta) wcielili się grająca gościnnie Kamilla Baar i Mirosław Guzowski. Para, która od początku (pozornie) wydaje się kontrolować wszystko, jest jakby „nieobecna”, ale to od nich zacznie się lawina zdarzeń doprowadzająca ostatecznie rodzinę do upadku. Kolejną tragiczną parę tworzy małżeństwo Elisabeth i Herberta Thalmanów (Michalina Rodak i Marcin Zawodziński) – pierwszych ofiar tej rodziny. Herbert, wiceprezes rodzinnej firmy, jest zdeklarowanym przeciwnikiem nazistów, niesłusznie posądzonym o mord na dziadku, a gdy ucieka za granicę, jego żona i córki zostają przez gestapo wtrącone do obozu koncentracyjnego w Dachau. Obie dziewczynki, uratowane w zamian za przekazanie ojca gestapo, kryją się w maskach i kostiumach Pierrota, stale są jednak obecne w przestrzeni scenicznej (Emilia Piech i grająca gościnnie Aleksandra Stasik). W biegunie dobra spotykamy również Güntera von Essenbecka (doskonały Karol Franek Nowiński), wrażliwego muzyka, którego odpycha świat polityki i przemysłu.
Uformowani przez scenarzystów na wzór dramatu elżbietańskiego są także bohaterowie rozgrywek pomiędzy SS i SA, przerysowani w swych czarnych lub brunatnych mundurach, w nadętych pozach i krzykach. Ich wewnątrzniemiecka wojna zakończy się brutalnie „na zielonej trawce” pod koniec czerwca 1934 roku w Bad Wiessee. Podczas „nocy długich noży” zginie między innymi członek SA i drugi syn Joachima, Konstantin, ojciec Güntera (Jerzy Pożarowski), pretendent do rządzenia hutami, człowiek o dużych wpływach politycznych.
Przyznam, że rozbudowana scena orgii członków SA tuż po antrakcie, gazowe maski na ich twarzach, choreografia Oskara Malinowskiego do mrocznej, konceptualnej muzyki Karola Nepelskiego oraz reżyseria światła Ady Bystrzyckiej robią duże wrażenie, zwłaszcza w zestawieniu z filmem Viscontiego. Nie tylko w tej scenie wielką rolę gra związany z SS kuzyn Essenbecków, Aschenbach (Paweł L. Gilewski) – czyli ten, który pociąga za sznurki niecnych czynów i zbrodni, choć wydaje się, że nie robi nic. Walec stalowni przetacza się samoistnie przez czas, miejsca i ludzi.
I czas wreszcie na najbardziej interesujący charakter dramatu, jakim jest zdecydowanie drugi wnuk Joachima, syn Sofii – Martin von Essenbeck, grany przez Michała Surówkę, który swoją kreacją w spektaklu nie tylko dorównuje genialnemu Helmutowi Bergerowi, ale współcześnie wyraźnie pozostawia go w tyle! Otóż Visconti rozwiązaniami nader charakterystycznymi dla jego stylu narracji kazał Bergerowi w 1969 roku grać mimiką bądź spojrzeniem niczym w niemym kinie… U Waldemara Raźniaka Michał Surówka w roku 2026 gra psychopatę i pedofila całym sobą: gdy wskakuje na stół podczas urodzin dziadka, śpiewając „99 Luftballons” w towarzystwie służących Yanka i Kamerdynera (gościnnie: Bruno Maciejewski i Oskar Ruppel – studenci Akademii Muzycznej w Bydgoszczy), gdy pracuje na niuansach i drobnych gestach, lekko unosząc drwiąco kącik ust i okazując tym samym swą pozorną słabość, gdy wyciera twarz chusteczką, siedząc na gdańskim „tronie”, gdy w kazirodczej relacji dotyka nogi swej matki, gdy wreszcie w finałowej scenie ją zabija i okazuje się zwycięzcą. Choćby tylko dla tej wirtuozerskiej kreacji Michała Surówki, najlepszej w jego dotychczasowym dorobku scenicznym, warto obejrzeć 150 minut pierwszorzędnie zagranego i wyreżyserowanego „Zmierzchu bogów” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy.
W tym czasie, z przerwą na oddech, Waldemar Raźniak serwuje nam co prawda jeszcze kilka zapadających w pamięć scen, które pozostawię Państwu na deser do wyboru. I konsumując go, proszę pamiętać, że każda świętująca dziś, szczęśliwa rodzina może się kiedyś rozpaść, tak jak przez intrygi, nienawiść i żądzę władzy rozpadł się cały świat Essenbecków.
„Zapolska śmiała się z idei, by »kobieta miała iść przez życie cicho i spokojnie«. Taki gorset społecznych oczekiwań wpychał jednak kobiety w równie groteskowy stan, jakim dziś może być hałaśliwe manifestowanie wariacko rozumianej niezależności. Znanej aż nazbyt dobrze z czarnych marszy i mającej odzwierciedlenie na przykład w agresywnej proaborcyjnej propagandzie”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.