Dla milionów widzów pozostanie na zawsze Maliniakiem z „Czterdziestolatka”, jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii polskiej telewizji. Paradoks jego kariery polegał jednak na tym, że ogromna popularność tej roli przesłoniła bogactwo dokonań aktora teatralnego, reżysera i dyrektora teatru.
Miałem szczęście spotkać Romana Kłosowskiego osobiście. Odwiedziłem go w jego mieszkaniu w centrum Warszawy przy okazji rozmowy poświęconej spektaklowi „Ostatnia taśma Krappa” Samuela Becketta, który przygotował w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim. Był już wtedy człowiekiem w bardzo zaawansowanym wieku, ale zachował niezwykłą jasność myślenia, poczucie humoru i dystans do siebie. Najbardziej utkwiło mi w pamięci jedno zdanie, które wypowiedział podczas naszej rozmowy: „Jestem człowiekiem spełnionym”.
Nie było w tych słowach ani odrobiny pychy. Brzmiały raczej jak spokojny bilans życia człowieka, który wiele przeżył, wiele osiągnął i niczego nie musi już udowadniać. Mówił o swoim synu, wnuku i prawnuku, wspominał ukochaną żonę, z którą przeżył niemal sześćdziesiąt lat. Opowiadał o teatrze, który pozostał jego największą pasją do ostatnich lat życia.
Kłosowski miał świadomość, że publiczność najczęściej kojarzy go z rolami komediowymi. Sam żartował, że wszystko przykrył Maliniak. Jednocześnie przypominał, że przez całe życie grał także role dramatyczne. Wspominał Ryszarda III, Horodniczego w „Rewizorze”, Szwejka, Colasa Breugnona i wiele innych postaci, które budowały jego prawdziwy teatralny dorobek. Nigdy nie pogodził się z prostym zaszufladkowaniem. Teatr był dla niego miejscem zadawania pytań o człowieka, a nie tylko przestrzenią rozrywki.
Szczególnie wzruszająco mówił o Beckettowskim Krappie. Dostrzegał w nim człowieka dokonującego rozrachunku z własnym życiem. Nie ukrywał, że sam znajduje się na podobnym etapie. Dlatego spektakl miał dla niego wymiar bardzo osobisty. Nie grał starości. On ją po prostu znał. Wiedział, czym jest pamięć, strata, sukces, porażka i pogodzenie się z przemijaniem.
Podczas naszej rozmowy wracał do kolejnych miejsc swojej biografii. Do Szczecina, gdzie debiutował i poznał przyszłą żonę. Do Łodzi, gdzie jako dyrektor Teatru Powszechnego próbował przełamywać własny komediowy wizerunek. Do rodzinnej Białej Podlaskiej, która ukształtowała jego teatralne marzenia. Opowiadał o tych miastach z czułością i wdzięcznością. Nie było w nim goryczy, tak częstej u ludzi teatru wspominających własną drogę zawodową.
Zapamiętałem także jego definicję aktorstwa. Powiedział wtedy, że aktor służy do tego, aby pomóc ludziom zrozumieć innych ludzi. Była to prosta, ale niezwykle trafna myśl, która w istocie streszczała całe jego artystyczne credo. Kłosowski nie traktował aktorstwa jako zawodu służącego budowaniu popularności. Widział w nim przede wszystkim próbę opowiedzenia czegoś prawdziwego o człowieku.
Kiedy pytałem go o tremę przed kolejnymi występami, odpowiedział z charakterystycznym dla siebie uśmiechem, że będzie grał tak długo, dopóki sam siebie negatywnie nie zrecenzuje. Było w tym poczucie humoru, ale także zawodowa uczciwość. Do końca pozostał wymagający wobec siebie.
Roman Kłosowski odszedł 11 czerwca 2018 roku. Pozostawił po sobie dziesiątki ról teatralnych, filmowych i telewizyjnych. Pozostawił także wspomnienie człowieka niezwykle skromnego, inteligentnego i pogodzonego z życiem. Kiedy dziś wracam pamięcią do naszego spotkania, nie przypominam sobie przede wszystkim Maliniaka, Ryszarda III czy Krappa. Przypominam sobie starszego pana siedzącego w warszawskim mieszkaniu, który z pełnym przekonaniem powiedział: „Jestem człowiekiem spełnionym”.
I chyba właśnie takiego Romana Kłosowskiego warto dziś wspominać najbardziej.