Rudowłosa dziewczynka ze sterczącymi warkoczami to kultowa postać łącząca kilka pokoleń. Teatr Rampa zaprasza szkoły i rodziny na spektakl, który stawia przede wszystkim na zabawę i sceniczną energię, bardziej niż na wyraźne przesłanie.
Zestawienie bieli domu Anniki i Tommy’ego z tęczową Willą Śmiesznotką – niczym hipisowskim kamperem – od pierwszych scen kładzie akcent na kontrast dwóch światów. Scenografia Marty Kodeniec, jak i kostiumy jej autorstwa, w spektaklu Agi Błaszczak odgrywają niebagatelną rolę. Początkowo odrębne – wraz z rozwojem akcji – odmienne uniwersa zaczynają się przenikać. Barwna Pippi wkracza do skąpanej w bieli szkoły, a kostiumy przyjaciół tytułowej bohaterki stopniowo nabierają kolorów i charakterystycznej dla dzieci niewinnej niechlujności. W ten sposób scenografia i kostiumy budują interpretacyjne ramy spektaklu w Rampie.
Perełką jest choreografia Alisy Makarenko. Ruch sceniczny oddaje odmienność uporządkowanego i sterylnego świata dorosłych od pełnych dynamiki dziecięcych zabaw. Mechaniczne ruchy bohaterów zestawione są ze swobodą plastycznego ciała Pippi. Choreografia stanowi również narzędzie ukazania ewolucji postaci: wraz z rozwojem akcji Tommy i Annika nabierają swobody i z niemal odrętwiałych dzieci przeobrażają się w pełne luzu, roztańczone dzieciaki.
Dodając do tego udane kreacje aktorskie, otrzymujemy trzy mocne filary spektaklu. Doskonałe dobranie aktorów do ról zwraca tu szczególną uwagę. Anna Mierzwa – pełna ekspresji i radości – to Pippi, jaką liczyłam zobaczyć na scenie. Karol Wnuk i Agata Łabno – rodzeństwo Tommy i Annika – sprawdzają się zarówno jako ułożone pociechy, jak i zafascynowane zabawą dzieciaki. Sceniczna wyrazistość Kamili Boruty-Marszałek sprawia, że przekonująco wypada zarówno w roli mamy, policjantki, jak i czupurnego chłopca. Tymczasem Agnieszce Makowskiej przypadła – można by rzec, tradycyjnie – rola nauczycielki. Dla stałych bywalców Rampy z pewnością nie jest to zaskoczeniem. Nieco obawiałam się, że nauczycielka w „Pippi” powieli schemat mgr Świrskiej-Wnerwińskiej (której, skądinąd, jestem wierną fanką), jednak Agnieszka Makowska mile mnie zaskoczyła całkiem odmienną kreacją.
Niestety „Pippi” Agi Błaszczak, oprócz niepodważalnych walorów, nie uniknęła niedoskonałości. To przede wszystkim kwestia dramaturgii Joanny Kowalskiej. Przez cały czas trwania spektaklu odnoszę wrażenie, że zamiast oglądać (i przeżywać) spójną historię rozgrywaną na scenie, czytam powieść, w której w kolejnych rozdziałach przewijają się ci sami główni bohaterowie, natomiast ich losy stanowią kolaż dość przypadkowo zestawionych epizodów. Sytuację częściowo ratują momenty grozy – podczas zabawy w poszukiwanie duchów oraz w scenie pożaru – a także chwilowe budowanie atmosfery nostalgii, gdy Pippi tęskni za tatą. Jednak spektaklowi jako całości brakuje czytelnej koncepcji.
Podobne wrażenie sprawia muzyka Michała Lazara. Niemniej jednak w scenie szkolnej godny docenienia jest kontrast osiągnięty poprzez interesujące i udane zestawienie klasycystycznej estetyki operowej z nowoczesnymi rytmami. Ponadto w spektaklu nie brakuje okazji do wyeksponowania umiejętności wokalnych aktorów, co zdecydowanie wzbogaca inscenizację.
Nie doszukuję się w „Pippi” Agi Błaszczak palety lindgrenowskich wartości. Nie jestem rozczarowana tym, że od tytułowej bohaterki nie bije feministyczna siła ani że bohaterowie nie dojrzewają poprzez empirię na oczach widza, jak choćby w „Ronji” Anny Ilczuk na scenie Teatru Powszechnego. Pippi w Rampie jest tylko i aż dzieckiem: otwartym na zabawę i z głową kipiącą wyobraźnią. Rudowłosej dziewczynce w za dużych butach – bez zbędnego moralizatorstwa ani pełnienia jakiejkolwiek misji – poprzez zabawę udaje się wciągnąć w swój tryskający feerią barw świat Tommy’ego i Annikę, początkowo uwięzionych w monotonnym kadrze sztywnych ram. I mnie ten przedstawiony na scenie obraz satysfakcjonuje.
Teatr Rampa