Festiwal „Dwa Teatry” w Sopocie, obchodzący w tym roku swoje ćwierćwiecze, coraz mniej przypomina przegląd „najlepszych realizacji sezonu”, a coraz bardziej staje się diagnozą samego medium. Tegoroczne nagrody i werdykty pokazują wyraźnie, że Teatr Polskiego Radia i Teatr Telewizji nie tyle świętują swoją kondycję, co próbują ją na nowo definiować.
W konkursie radiowym, gdzie jury pod przewodnictwem Olafa Lubaszenki wysłuchało szesnastu słuchowisk, Grand Prix dla „Potopu” można czytać jako wybór bezpieczny, ale też znaczący. W centrum pozostaje bowiem klasycznie rozumiana opowieść – adaptacja, struktura, tekst o wyraźnym ciężarze literackim. To nie jest przypadek. W wielu tegorocznych realizacjach widać wyraźny zwrot w stronę narracji sprawdzonych, opartych na literaturze i biografii. Jakby radio, jako medium, szukało dziś przede wszystkim stabilności.
Z drugiej strony mamy „Himalaje” Radia Katowice, które zdobyły Nagrodę Publiczności i jednocześnie nagrodę za muzykę. To przykład słuchowiska, które działa przede wszystkim emocją i dźwiękiem, a nie wyłącznie konstrukcją dramatyczną. Historia Jerzego Kukuczki została tu potraktowana nie jako klasyczna biografia, ale jako materiał do budowania intensywnego świata akustycznego. W tym sensie radio coraz częściej przesuwa się w stronę doświadczenia, a nie tylko narracji — czyli odchodzi od modelu, w którym słuchacz „śledzi historię”, a zaczyna funkcjonować w modelu, w którym tę historię przeżywa zmysłowo i emocjonalnie. Zamiast linearnie prowadzonej opowieści, coraz częściej dostajemy gęstą tkankę dźwięków, rytmów, głosów i przestrzeni akustycznej, która nie tyle opowiada „co się wydarzyło”, ile buduje stan odbioru. W takim ujęciu fabuła przestaje być jedynym nośnikiem sensu — równie ważne stają się napięcie, tempo, faktura dźwięku i sposób, w jaki słuchacz zostaje w tę strukturę wciągnięty.
W naszych recenzjach na „Teatr dla wszystkich” wielokrotnie wracała obserwacja, że współczesne słuchowiska coraz rzadziej są ilustracją tekstu, a coraz częściej samodzielnym środowiskiem dźwięku. I właśnie ten kierunek – obok klasycznego modelu – był w Sopocie widoczny najostrzej.
Podobnie w Teatrze Telewizji. Jury pod przewodnictwem Magdaleny Łazarkiewicz nagrodziło spektakl „Ruda”, ale równie wyraźnie obecne były realizacje przeniesione z teatrów repertuarowych, jak „Kruk z Tower”. I tu pojawia się pytanie, które wraca od lat: czy Teatr Telewizji jest dziś osobnym medium, czy raczej formą rejestracji i przetwarzania teatru scenicznego? Z jednej strony mamy więc spektakle „gotowe”, przenoszone z teatru instytucjonalnego. Z drugiej – próby budowania języka telewizyjnego, w którym kamera nie tylko dokumentuje, ale współtworzy znaczenie. W praktyce oznacza to napięcie między dwoma modelami: teatrem „do oglądania” i teatrem „do realizacji w kamerze”. I to napięcie w tegorocznej edycji było szczególnie wyraźne.
Na tle całego festiwalu Dwa Teatry widać więc wyraźnie, że nie mamy już do czynienia z jednym spójnym modelem teatru radiowego i telewizyjnego, ale z dwoma równoległymi kierunkami. Pierwszy opiera się na bezpieczeństwie opowieści – klasyce, adaptacji, wyraźnej strukturze narracyjnej. Drugi – na intensywności doświadczenia, emocji i formalnym eksperymencie. I nie jest tak, że jeden z nich dominuje. Raczej współistnieją, czasem w jednym konkursie, czasem w jednej kategorii.
Być może najciekawsze w tegorocznych „Dwóch Teatrach” nie są same werdykty, ale ich rozkład. Publiczność konsekwentnie wybiera emocję i intensywność („Himalaje”, „Ezi”), jury częściej nagradza konstrukcję i tekst („Potop”, „Ruda”). To napięcie nie jest nowe, ale dziś widać je szczególnie wyraźnie, bo oba media – radio i telewizja – nie mają już tej samej oczywistości istnienia co kiedyś. Muszą na nowo określać swoje miejsce. Nie są już „domyślnymi” sposobami kontaktu z kulturą, jak jeszcze kilkanaście lat temu, lecz jedną z wielu równoległych propozycji w gęstym środowisku platform, formatów i szybkiej wymiany treści. W efekcie tracą przywilej bycia medium oczywistym, a zyskują konieczność uzasadniania się: czym są, po co istnieją i czym mogą być w odróżnieniu od filmu, streamingu czy podcastu. Ta niepewność nie osłabia ich, ale paradoksalnie może je ożywiać – zmusza bowiem do szukania własnych, bardziej świadomych form języka i produkcji.
Ćwierćwiecze „Dwóch Teatrów” nie wygląda więc jak jubileusz stabilnej instytucji, ale raczej jak moment równoczesnego podsumowania i zmiany kierunku. Nie w sensie kryzysu czy osłabienia Teatru Telewizji i Teatru Polskiego Radia, lecz raczej etapu przejścia: sytuacji, w której oba media mają już za sobą wyraźnie ugruntowaną historię i dorobek, a jednocześnie stoją wobec nowych warunków odbioru i produkcji. To jubileusz, który nie zamyka etapu, ale raczej pokazuje, że dotychczasowe formuły – choć nadal żywe i wartościowe – zaczynają współistnieć z nowymi sposobami opowiadania, co wymaga ich ponownego przemyślenia i redefinicji, a nie zastąpienia. I być może właśnie to jest dziś najważniejszy wniosek z Sopotu: że teatr tworzony dla radia i telewizji nie tyle funkcjonuje stabilnie, co wciąż na nowo ustala, czym właściwie ma być.
Teatr Telewizji