Piramida bez ciężaru
O „Piramidzie zwierząt” Mateusza Górniaka w reż. Michała Borczucha z NST w Krakowie na 46. WST pisze Wiesław Kowalski.
fot. HaWa




O „Piramidzie zwierząt” Mateusza Górniaka w reż. Michała Borczucha z NST w Krakowie na 46. WST pisze Wiesław Kowalski.
fot. HaWa
Największym problemem „Piramidy zwierząt” nie jest ani jej długość, ani hermetyczność, ani nawet deklarowana fascynacja środowiskiem sztuki krytycznej. Kłopot leży głębiej: spektakl myli proces z doświadczeniem. Zakłada, że samo odtworzenie atmosfery twórczego fermentu będzie dla widza równie interesujące jak uczestnictwo w nim. Nie jest.
Borczuch i Górniak konstruują przedstawienie wokół momentu historycznego, który obrósł już legendą. „Kowalnia”, Kozyra, Althamer, Żmijewski, Libera – nazwiska te funkcjonują dziś niemal jako mit założycielski współczesnej polskiej sztuki. Jednak spektakl nie podejmuje próby krytycznej pracy z tym mitem. Zamiast analizować mechanizmy jego powstania, reprodukuje go w formie rozciągniętego wspomnienia. Oglądamy ludzi, którzy mają stać się ważni, ale rzadko widzimy, dlaczego ich myślenie rzeczywiście zmieniało język sztuki.
Twórców interesuje energia grupy. Problem polega na tym, że energia nie jest jeszcze dramaturgią.
Przez większą część przedstawienia bohaterowie krążą wokół własnych intuicji, skojarzeń, rozmów i półsformułowanych idei. Sceny przypominają zapis procesu warsztatowego, który nie przeszedł etapu selekcji. Kamera, która rejestruje i multiplikuje obrazy, nie porządkuje tego materiału – jedynie potęguje wrażenie rozproszenia. Projekcje i zbliżenia nie budują dystansu ani interpretacyjnej ramy; raczej wzmacniają efekt nadmiaru, w którym trudno uchwycić hierarchię znaczeń. W pracowni artystycznej taki chaos może być twórczy. Na scenie staje się ciężarem. Spektakl nieustannie obiecuje, że z rozproszonych elementów wyłoni się znaczenie, lecz zbyt często pozostaje ono nieuchwytne.
Paradoksalnie przedstawienie poświęcone radykalnym artystom okazuje się formalnie zaskakująco zachowawcze. Owszem, pojawia się kamera, fragmentaryczna narracja, projekcje i rozluźniona struktura scen. Trudno jednak mówić o tych środkach jako o ryzyku – są one dziś niemal standardowym wyposażeniem współczesnego teatru. Kamera nie pełni tu funkcji odkrywczej; nie demontuje sytuacji scenicznej, lecz ją rejestruje. Podobnie projekcje nie otwierają nowych poziomów znaczeń, tylko powielają to, co już i tak rozgrywa się na scenie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że spektakl opowiada o twórcach ryzyka, samemu unikając podobnej odwagi. Zamiast doświadczenia granicznego otrzymujemy jego estetyczną rekonstrukcję.
Warto też doprecyzować status „bohaterów” tego przedstawienia. Nie są to postaci w klasycznym sensie, lecz raczej strzępy figur, fragmenty biografii, chwilowe wcielenia historycznych nazwisk. Ich obecność nie układa się w relacje dramatyczne – raczej w sieć luźnych powiązań i cytatów. W efekcie trudno mówić o psychologii czy ewolucji postaci; spektakl operuje raczej materiałem niż konstrukcją dramaturgiczną.
Najciekawszy wydaje się wątek Katarzyny Kozyry. Nie dlatego, że spektakl odsłania nieznane fakty z jej biografii, ale dlatego, że tylko tutaj pojawia się realna stawka egzystencjalna. Choroba, lęk przed śmiercią, niepewność własnego ciała – te elementy nadają opowieści gęstość, której brakuje scenom zbiorowym. Kamera w tych momentach rzeczywiście coś wydobywa: nie tyle sens, ile kruchość obecności. Kiedy przedstawienie oddala się od tej perspektywy i wraca do środowiskowego portretu, napięcie wyraźnie słabnie.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem. Spektakl mówi o wolności artystycznej, ale niemal nie interesuje go odbiorca. Widz pozostaje kimś zewnętrznym wobec przedstawianego świata. Nie zostaje zaproszony do sporu o granice sztuki, lecz raczej do obserwowania ludzi, którzy ten spór kiedyś prowadzili. To zasadnicza różnica. Teatr traci wówczas zdolność wywoływania konfliktu tu i teraz, zamieniając się w muzeum pewnej formacji intelektualnej.
Także finałowy taneczny epilog ujawnia tę słabość. Można odczytać go jako próbę stworzenia wspólnoty, uwolnienia bohaterów od ciężaru historii i ideologicznych sporów. Jednak wspólnota nie powstaje od samego gestu wspólnego tańca. Musi zostać wcześniej dramaturgicznie wypracowana. Tutaj wygląda raczej na dopisaną odpowiedź na pytanie, którego spektakl nie zdołał postawić wystarczająco wyraźnie.
„Piramida zwierząt” jest przedstawieniem ambitnym, starannie wykonanym i pełnym interesujących tropów. Problem w tym, że tropy nie składają się w odkrycie. Spektakl z wielką czułością przygląda się środowisku artystycznemu, ale zbyt rzadko poddaje je rzeczywistej próbie. Chce opowiedzieć o twórcach, którzy kwestionowali zastany porządek, samemu pozostając bezpiecznie wewnątrz własnej estetycznej bańki.
W efekcie powstaje spektakl, który więcej mówi o nostalgii za czasem artystycznej odwagi niż o samej odwadze. A nostalgia, nawet inteligentna i wyrafinowana, rzadko bywa siłą wystarczającą, by utrzymać dramaturgiczne napięcie przez niemal trzy godziny.
„Zapolska śmiała się z idei, by »kobieta miała iść przez życie cicho i spokojnie«. Taki gorset społecznych oczekiwań wpychał jednak kobiety w równie groteskowy stan, jakim dziś może być hałaśliwe manifestowanie wariacko rozumianej niezależności. Znanej aż nazbyt dobrze z czarnych marszy i mającej odzwierciedlenie na przykład w agresywnej proaborcyjnej propagandzie”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.