Są takie chwile, kiedy człowiek teatru przestaje być cierpliwy.
Nie dlatego, że ktoś go nie lubi. Artyści są przyzwyczajeni do krytyki. Żyjemy z ocen. Codziennie wystawiamy siebie na publiczny osąd. Problem zaczyna się wtedy, gdy pogarda wobec naszego zawodu przestaje być prywatną opinią sfrustrowanego internauty, a staje się politycznym paliwem. Kiedy z pełną premedytacją buduje się obraz artysty jako pasożyta społecznego. Nieroba. Darmozjada. Człowieka, któremu „nie chciało się pracować”.
To już nie jest spór o ustawę.
To jest spór o to, czy kultura w Polsce ma być jeszcze traktowana jako dobro wspólne, czy już wyłącznie jako produkt, który ma się „sprzedać”, a jeśli się nie sprzeda — umrzeć w ciszy.
Słowa Sławomira Mentzena o artystach były nie tylko brutalne. Były przede wszystkim głęboko prymitywne intelektualnie. Oparte na bardzo wygodnym uproszczeniu: jeśli ktoś nie zarabia milionów, to znaczy, że jest niepotrzebny. Jeśli jego praca nie daje natychmiastowego zysku, jest „badziewiem”. Jeśli potrzebuje systemowych rozwiązań — chce okraść społeczeństwo.
To logika targowiska, nie państwa.
Excela, nie wspólnoty.
Najłatwiej krzyczeć „niech rynek zweryfikuje”. Tylko że rynek nie tworzy kultury wysokiej. Rynek produkuje to, co klikane, szybkie, tanie emocjonalnie i natychmiast konsumowalne. Gdyby zostawić kulturę wyłącznie rynkowi, nigdy nie powstałby teatr ambitny, kino autorskie, poezja, opera, teatr lalek dla dzieci czy większość literatury, którą dziś nazywamy narodowym dziedzictwem.
Czy Norwid „sprzedawał się” za życia?
Czy Wyspiański był produktem premium?
Czy Kantor robił teatr pod algorytm?
A jednak to oni budują dziś naszą tożsamość bardziej niż tysiące politycznych przemówień.
Najbardziej boli jednak coś innego. Pogarda wobec ludzi, którzy naprawdę ciężko pracują. Bo mit „artysty-lekkoducha” jest jednym z najbardziej zakłamanych stereotypów III RP.
Większość aktorów w Polsce nie żyje jak celebryci z kolorowych magazynów. Wielu żyje od umowy do umowy. Bez etatu. Bez stabilności. Bez składek. Bez zdolności kredytowej. Bez pewności, czy za dwa miesiące będą mieli za co opłacić mieszkanie.
Próby trwają tygodniami. Czasem miesiącami.
Po kilkanaście godzin dziennie.
Kosztem zdrowia psychicznego, relacji, życia rodzinnego.
Aktor nie pracuje tylko wtedy, kiedy stoi na scenie. Pracuje ciałem, głosem, emocjami, pamięcią, psychiką. Zużywa siebie. Tak samo tancerz, muzyk, dubbingowiec, śpiewak czy lalkarz.
Państwo od dekad korzysta z ich pracy, ale przez lata nie potrafiło stworzyć systemu, który uwzględnia specyfikę tego zawodu. I właśnie o tym jest projekt ustawy dotyczącej statusu artysty zawodowego. Nie o „rozdawaniu pieniędzy nierobom”, jak próbują to sprzedać polityczni cynicy, lecz o cywilizowaniu rynku pracy w kulturze.
Co ciekawe — ten sam polityczny nurt, który dziś krzyczy o „darmozjadach”, bardzo rzadko protestuje przeciwko finansowaniu partii politycznych z budżetu państwa. Nie przeszkadzają mu również państwowe przywileje wielu innych grup zawodowych. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy pomoc ma dotyczyć ludzi kultury.
Dlaczego?
Bo kultura jest niebezpieczna dla populistów.
Uczy myślenia.
Wrażliwości.
Ironii.
Empatii.
Zadawania pytań.
A społeczeństwo, które czyta, ogląda teatr i rozumie metaforę, trudniej prowadzić na politycznej smyczy.
Nie twierdzę, że środowisko artystyczne jest idealne. Nie jest. Jak każde środowisko ma swoich hochsztaplerów, celebrytów i ludzi przeciętnych. Ale ocenianie całej grupy zawodowej przez pryzmat kilku medialnych twarzy jest zwyczajnie nieuczciwe.
Polski artysta nie oczekuje luksusów.
Oczekuje elementarnego szacunku i normalnych zasad funkcjonowania.
Bo państwo bez kultury staje się jedynie administracją.
Zbiorem podatków, przepisów i politycznych haseł.
A naród bez artystów bardzo szybko traci pamięć o samym sobie.
I może właśnie dlatego tak łatwo dziś ludzi kultury obrażać.
Bo kiedyś artysta był sumieniem społeczeństwa.
Dziś dla wielu stał się tylko „kosztem”.
Tyle że kiedy gaśnie kultura, wcześniej czy później gaśnie również człowieczeństwo.
A wtedy zostaje już tylko hałas.
PS. Dla wszystkich, którzy chcą wyrobić sobie własne zdanie zamiast opierać się na politycznych hasłach i internetowych uproszczeniach — polecam tekst Pauliny Szewioły w „Rzeczpospolitej”: „Paulina Szewioła: Obalam tezy o «artystach nierobach»”.
Autorka rzeczowo wyjaśnia, czego naprawdę dotyczy projekt ustawy o statusie artysty zawodowego i obala wiele fałszywych niedopowiedzeń oraz mitów, które od kilku dni krążą w mediach społecznościowych.