Wielkie nazwiska mają to do siebie, że łatwo stają się głównym tematem wieczoru. Publiczność przychodzi dla gwiazdy, media piszą o gwieździe, a muzyka bywa jedynie pretekstem. Tymczasem po koncercie Lang Langa na Centralnym Placu Muzyki wracałem z przekonaniem, że wydarzyło się coś odwrotnego. Chiński pianista nie zawładnął Beethovenem. Pozwolił przemówić jego muzyce.
Już sam program zapowiadał, że nie będzie to wieczór złożony z łatwych efektów. Coriolan otworzył koncert energią, która przypominała, że Beethoven był kompozytorem gwałtownym i niepokornym, a nie jedynie klasykiem zamkniętym w podręcznikach historii muzyki. Nie ma w tej uwerturze nic z salonowej elegancji. Jest napięcie, porywczość i dramat, który rozgrywa się bardziej we wnętrzu człowieka niż na scenie. Orkiestra Polskiego Radia pod batutą Bassema Akikiego wydobyła przede wszystkim tę nerwową pulsację. Muzyka od pierwszych taktów nie tyle opowiadała historię, ile stawiała pytania.
Pomiędzy dwoma dziełami Beethovena znalazło się Con brio Jörga Widmanna – utwór, który nie tyle cytuje Beethovena, ile twórczo asymiluje jego idiom. Współczesny kompozytor odwołuje się do charakterystycznych gestów rytmicznych, motoryki, kontrastów dynamicznych i energii beethovenowskiej narracji, nie rekonstruując jednak jej dosłownie. Powstaje muzyka autonomiczna, lecz wyraźnie zakorzeniona w estetyce wiedeńskiego klasyka. Dzięki temu Con brio nie funkcjonuje jako efektowny kontrast wobec Coriolana i V Koncertu fortepianowego, lecz jako ogniwo spajające cały program. Zestawienie obu kompozytorów unaocznia raczej ciągłość pewnych idei muzycznych niż dystans dzielący początek XIX i XXI wieku.
To zresztą największa zaleta tak ułożonego programu. Uświadamia, że Beethoven nie jest kompozytorem zamkniętym w historii muzyki. Nadal inspiruje, prowokuje i nie pozwala o sobie myśleć wyłącznie jako o klasyku.
V Koncert fortepianowy Es-dur, zwany „Cesarskim”, zabrzmiał po tej muzycznej rozmowie jeszcze pełniej. Lang Lang odczytał ten utwór przede wszystkim jako wielką formę symfoniczno-koncertującą, a nie okazję do pianistycznej autoprezentacji. Fenomenalna technika pozostawała całkowicie podporządkowana logice przebiegu muzycznego, dzięki czemu poszczególne epizody wynikały z siebie z naturalną konsekwencją.
Najbardziej przekonujący był sposób prowadzenia narracji muzycznej. Lang Lang z dużym wyczuciem kształtował napięcie w długich łukach frazowych, nie przyspieszając naturalnego biegu muzyki i nie eksponując kulminacji ponad miarę. Dbałość o proporcje formalne oraz subtelne różnicowanie agogiki sprawiły, że ekspresja wynikała z samej partytury, a nie z efektownych gestów wykonawczych. Była to interpretacja oparta na zaufaniu do Beethovenowskiego tekstu muzycznego.
Szczególnie poruszająca okazała się część druga. W muzyce Beethovena łatwo ulec pokusie podkreślania jej monumentalności. Lang Lang obrał drogę przeciwną. Znalazł w niej intymność. Liryzm nie był sentymentalny, lecz prosty i naturalny. To właśnie wtedy plac z tysiącami słuchaczy przestał przypominać plenerowe wydarzenie, a zaczął funkcjonować jak sala koncertowa. Nie dlatego, że zniknęły odgłosy miasta. Dlatego, że przestały mieć znaczenie.
Finał przyniósł dokładnie tyle energii, ile wymaga Beethoven. Bez przesady, bez efekciarstwa, za to z wyczuwalną radością wspólnego muzykowania. W relacji fortepianu z orkiestrą nie było dominacji jednej strony nad drugą. Solista prowadził dialog z zespołem, a nie monolog, i właśnie dzięki temu całość zachowała właściwe proporcje.
Owacje po zakończeniu koncertu nikogo nie mogły zaskoczyć. Publiczność długo nie chciała wypuścić artysty ze sceny, a bisy (Chopin, Debussy) były naturalnym przedłużeniem tego spotkania. Nie odebrałem ich jednak jako obowiązkowego ukłonu wobec słuchaczy. Były raczej spokojnym domknięciem wieczoru, który od początku do końca pozostawał podporządkowany muzyce.
Wracając do domu, myślałem nie tyle o sławie Lang Langa, ile o czymś znacznie prostszym. O tym, że Beethoven wciąż potrafi zaskakiwać. Nie dlatego, że odkrywamy w jego muzyce coś nowego, lecz dlatego, że co pewien czas trafia się wykonawca, który nie próbuje jej modyfikować ani uwspółcześniać. Wystarczy, że zaufa zapisanym nutom.
Być może właśnie dlatego ten koncert zostanie ze mną na długo. Nie jako spotkanie z jedną z największych gwiazd światowej pianistyki, lecz jako przypomnienie, że najwięksi wykonawcy nie przysłaniają dzieła własną osobowością. Robią coś znacznie trudniejszego – sprawiają, że na nowo chcemy słuchać muzyki, którą, wydawałoby się, znamy od lat.
CPM