Ciekawie jest obserwować artystę przez dziesięciolecia. Nie przez jeden sezon, jedną rolę czy nawet jeden okres twórczości, ale przez znaczną część zawodowego życia. Wtedy zaczynają ujawniać się rzeczy, których nie sposób dostrzec z bliska. Pojawiają się powracające tematy, obsesje, pytania, do których aktor wraca nieustannie, choć za każdym razem opowiada o nich inaczej.
Tak właśnie odbieram teatr Doroty Kolak.
W 2015 roku na łamach „ArtPapieru” pisałem, że najbardziej fascynujące w aktorstwie Doroty Kolak jest nieustanne poszukiwanie kobiet, które próbują wymknąć się podporządkowaniu. Kobiet obdarzonych ogromną wrażliwością, ale jednocześnie gotowych do walki o własną podmiotowość. Były wśród nich bohaterki zbuntowane, namiętne, samotne, czasem wręcz autodestrukcyjne. Niezależnie od tego, czy Kolak grała Katarzynę w „Poskromieniu złośnicy”, Marię Lebiadkin w „Biesach”, Goplanę, Maję Ochołowską czy Martę w „Kto się boi Virginii Woolf?”, zawsze interesowało ją przede wszystkim to, co ukryte pod powierzchnią.
Po dziesięciu latach od tamtego tekstu nie mam powodów, by tę opinię zmieniać. Przeciwnie. Kolejne role tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że Dorota Kolak od lat prowadzi konsekwentny dialog z podobnym typem bohaterek. Interesują ją kobiety wystawione na próbę, zmuszone do konfrontacji z własnymi ograniczeniami, uwikłane w relacje władzy, miłości i zależności. Nawet wtedy, gdy pozornie stoją na szczycie, noszą w sobie ślad pęknięcia. Nawet wtedy, gdy przegrywają, zachowują godność. Nigdy nie imponowała mi jako aktorka efektowna. Imponowała jako aktorka prawdy.
W kolejnych latach miałem okazję oglądać ją w nowych rolach i z satysfakcją odkrywałem, że ten artystyczny kierunek nie uległ zmianie. Zmieniały się bohaterki, zmieniały się estetyki teatralne i języki sceniczne, ale centrum pozostawało to samo – człowiek uwikłany w swoje lęki, marzenia, ambicje i rozczarowania.
W „Wyjeżdżamy” Hanocha Levina, w przedstawieniu Krzysztofa Warlikowskiego, stworzyła postać zanurzoną w charakterystycznym dla izraelskiego autora świecie groteski i przemijania. Była w tej roli jednocześnie ironia i melancholia, śmiech i przeczucie końca. Levin od zawsze interesował się ludzką bezradnością wobec czasu, a Kolak potrafiła nadać temu doświadczeniu wymiar niezwykle konkretny i przejmujący.
Lola wydawała mi się przy tym kolejną odsłoną kobiet obecnych od lat w teatrze Doroty Kolak. Bohaterek, które próbują oswoić samotność za pomocą humoru, prowokacji czy pozornej lekkości. Pod warstwą groteski kryje się jednak niepokój. Tak jak w wielu wcześniejszych kreacjach aktorki, również tutaj śmiech okazuje się jedynie drugą stroną doświadczenia przemijania.
Jeszcze mocniej wybrzmiało to w „Trojankach” Jana Klaty. Hekabe w jej interpretacji nie była wyłącznie antyczną królową pokonanego miasta. Stawała się symbolem wszystkich tych, którzy przeżyli katastrofę i muszą nauczyć się żyć dalej. W tej kreacji ponownie objawiła się jedna z największych sił aktorki – umiejętność wydobywania z postaci godności nawet wtedy, gdy świat odebrał jej wszystko.
Patrząc na Hekabe, wracałem pamięcią do tych wszystkich bohaterek Kolak, które musiały mierzyć się z poczuciem wyobcowania i klęski. Tym razem nie był to jednak bunt jednostki przeciwko światu, lecz doświadczenie zbiorowe. Aktorka potrafiła nadać tragedii wymiar bardzo osobisty, unikając przy tym patosu. Właśnie dlatego jej Hekabe pozostawała tak przejmująco ludzka.
Podobny mechanizm odnajdywałem później w Róży z „Resztek” Jarosława Murawskiego. To jedna z tych ról, które nie opierają się na widowiskowych gestach. Budowane są raczej z pamięci, niedopowiedzeń, pęknięć i śladów pozostawionych przez minione doświadczenia. Kolak od dawna znakomicie odnajduje się w takich przestrzeniach. Potrafi opowiadać o bohaterce nie tylko słowem, ale również milczeniem.
Róża wydawała mi się szczególnie bliska temu nurtowi jej aktorstwa, który zawsze ceniłem najbardziej. Nie było w tej postaci efektownej demonstracji emocji. Była natomiast cierpliwa praca nad tym, co niewidoczne. Nad wspomnieniami, stratą, pamięcią ciała i pamięcią uczuć. To role tego rodzaju najpełniej pokazują, jak wiele Kolak potrafi powiedzieć za pomocą najdrobniejszych środków.
Najnowszym etapem tej drogi wydaje się Agrypina w „Brytaniku” Racine’a w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Patrząc na tę postać, trudno nie pomyśleć o wielu wcześniejszych rolach aktorki. Ponownie mamy do czynienia z kobietą obdarzoną ogromną siłą, ale jednocześnie skazaną na samotność. Kobietą walczącą o wpływy i władzę, lecz także rozpaczliwie próbującą ocalić własne miejsce w świecie. To bohaterka tragiczna, ponieważ przegrywa nie tylko z innymi, ale również z samą sobą.
Agrypina jest być może najbardziej wyrazistym przykładem fascynacji aktorki kobietami funkcjonującymi na granicy zwycięstwa i autodestrukcji. Im większą posiadają władzę, tym bardziej stają się więźniarkami własnych pragnień. To motyw obecny w jej aktorstwie od dawna, choć za każdym razem realizowany inaczej. Właśnie ta zdolność odnawiania podobnych tematów sprawia, że kolejne role Doroty Kolak nigdy nie są powtórzeniem poprzednich.
Być może właśnie dlatego role Doroty Kolak pozostają w pamięci na tak długo. Aktorka nigdy nie osądza swoich bohaterek. Nie upraszcza ich. Nie próbuje tłumaczyć świata za pomocą łatwych odpowiedzi. Interesuje ją człowiek w całej jego złożoności.
Przez lata krytycy wielokrotnie zwracali uwagę na jej temperament, odwagę i niezwykłą skalę środków aktorskich. Ja jednak wciąż wracam do czegoś innego. Do szczególnego napięcia między siłą a kruchością, które obecne jest niemal we wszystkich jej najważniejszych kreacjach. To właśnie ono sprawia, że nawet najbardziej stanowcze bohaterki Kolak wydają się bliskie i prawdziwe.
Dorota Kolak należy dziś do grona tych artystek, których obecność na afiszu jest dla widza wystarczającą rekomendacją. Nie dlatego, że gwarantuje sukces. Dlatego, że gwarantuje spotkanie z człowiekiem. A w teatrze nie ma nic cenniejszego.
Z okazji wczorajszych urodzin pozostaje życzyć jej tego, czego przez całe lata życzyłbym sobie jako widz: kolejnych ról, które będą stawiały pytania ważniejsze od odpowiedzi. Takich, które pozwalają nam lepiej zrozumieć innych i samych siebie.
Teatr Wybrzeże