Między intensywnością a prawdą

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Między intensywnością a prawdą

Werdykt 44. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi pokazał nie tylko, jakie spektakle dziś nagradzamy, ale przede wszystkim – jakiego aktorstwa oczekuje współczesny teatr.

Opublikowano: 2026-05-24
fot. mat. org.

Czy młodzi artyści wygrywają jeszcze precyzją i prawdą sceniczną, czy już głównie siłą performatywnego gestu?

Tegoroczny 44. Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi przyniósł werdykt, który mówi o kondycji młodego aktorstwa być może więcej niż same spektakle. Nie dlatego, że jury się pomyliło. Festiwalowe nagrody nigdy nie są przecież obiektywnym pomiarem jakości. Są raczej diagnozą wrażliwości – zarówno młodych artystów, jak i tych, którzy ich oglądają. Tegoroczny werdykt odsłonił bardzo wyraźnie, jakiego teatru dziś szukamy i jakie kompetencje młodych aktorów zaczynamy uznawać za najcenniejsze.

Najbardziej uderzające jest to, że niemal wszystkie nagrodzone spektakle opowiadały o świecie w stanie rozpadu. Nie było tu właściwie miejsca na klasycznie rozumianą psychologię postaci ani na uporządkowany dramat realistyczny. Dominowały rozedrganie, rozproszenie, cielesność, performatywność i energia zbiorowa. Nawet tam, gdzie punktem wyjścia była literatura – jak w „Pułapce” Różewicza czy „Trzech siostrach” Czechowa – interesowało twórców przede wszystkim pęknięcie rzeczywistości, kryzys komunikacji, rozpad wspólnoty i niemożność znalezienia stabilnego języka dla opisu świata.

To bardzo wiele mówi o szkołach teatralnych. Dzisiejsze uczelnie nie kształcą już przede wszystkim „aktorów od ról”. Coraz częściej kształcą performerów funkcjonujących w zespołach, zdolnych do pracy fizycznej, improwizacji, szybkiego przechodzenia między konwencjami i współtworzenia dramaturgii spektaklu. Aktor młodego pokolenia ma być dziś jednocześnie interpretatorem, twórcą sytuacji scenicznej i nośnikiem energii. Tegoroczny festiwal pokazał, że pod tym względem polskie szkoły wykonały ogromną pracę.

Grand Prix dla „Czarodziejskiej góry. Wykasływanie” Anny Obszańskiej wydaje się właśnie nagrodą za zespołowość i radykalizm języka scenicznego. Był to spektakl intensywny, momentami wręcz agresywny wobec widza, operujący przekroczeniem, cielesnością i świadomym dyskomfortem. Wielu widzów wychodziło zachwyconych, inni wyraźnie znużeni albo zniecierpliwieni. I dobrze. Festiwal szkół teatralnych nie powinien przecież premiować wyłącznie poprawności i elegancji. Powinien również pokazywać artystyczne ryzyko. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy ryzyko zaczyna być wartością samą w sobie.

Tegoroczny werdykt można czytać również jako dowód fascynacji teatrem intensywności. Teatrem, który działa nadmiarem bodźców, fizyczną ekspresją i estetycznym przeciążeniem. Tymczasem największe aktorskie olśnienia tego festiwalu rodziły się często gdzie indziej – w skupieniu, precyzji, rytmie zespołu i zaufaniu do tekstu.

Dlatego tak zastanawiająca wydaje się relatywnie skromna obecność „Trzech sióstr. Dyplomu” Anny Ilczuk w głównym nurcie nagród. Oczywiście spektakl został dostrzeżony – ZASP wyróżnił Sofię Grzybacz i Aldonę Karską – ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wrocławski dyplom został potraktowany jako propozycja „klasyczna”, mniej efektowna wobec dominujących dziś estetyk. A przecież właśnie tam zobaczyliśmy coś dziś niezwykle rzadkiego: zespołowość opartą nie na performatywnej nadekspresji, lecz na słuchaniu siebie nawzajem.

„Trzy siostry. Dyplom” były spektaklem najpełniej zagranym przez cały zespół. Nie było tam słabych ogniw, nie było ról istniejących wyłącznie „na efekt”. Anna Ilczuk osiągnęła coś, co w teatrze dyplomowym zdarza się niezwykle rzadko – stworzyła organiczną wspólnotę sceniczną, w której każdy aktor miał swoje miejsce, rytm i temperaturę emocjonalną. To nie był teatr popisu, ale teatr relacji. Być może mniej widowiskowy niż bytomskie „Wykasływanie”, ale znacznie trudniejszy do osiągnięcia.

Właśnie tutaj pojawia się najciekawsze pytanie po tegorocznym festiwalu: czy współczesny teatr nie zaczyna coraz mniej ufać prostemu aktorstwu?

Bo jeśli spojrzeć na nagrody i wyróżnienia aktorskie, dominują role mocno zewnętrzne, fizyczne, oparte na intensywności i wyrazistym geście. Tymczasem najlepsze momenty „Trzech sióstr”, „Burzy” czy „Pułapki” działały odwrotnie – poprzez napięcie wewnętrzne, skupienie, ciszę i precyzję budowania relacji.

Szczególnie „Pułapka” Adama Orzechowskiego i „Burza” w reż. Tomasza Fryzła wydaja się w tym kontekście spektaklami niezwykle istotnymi. Te przedstawienia pokazały, że młodzi aktorzy potrafią dziś udźwignąć teatr oparty nie tylko na energii, ale również na strukturze myślenia. Różewicz, Czechow i Szekspir wymagają przecież ogromnej dyscypliny – umiejętności grania wieloznaczności, niedopowiedzenia i wewnętrznego rozedrgania. Jędrzej Matwijów stworzył rolę znakomitą właśnie dlatego, że nie próbował jej „dopowiadać”. Jego Franz był człowiekiem stale rozpadającym się od środka. Z kolei Anna Pentz w roli Ariela wykonała pracę niemal laboratoryjną – opartą na obecności, koncentracji i rytmie. To aktorstwo bardzo dojrzałe.

I może właśnie to jest najciekawsza diagnoza po 44. FST: młodzi aktorzy są dziś często dojrzalsi od estetyk, w które bywają wrzucani.

Szkoły teatralne wykształciły pokolenie świetnie przygotowane technicznie, świadome ciała, otwarte na eksperyment i gotowe do pracy zespołowej. Problem polega na tym, że współczesny teatr coraz częściej oczekuje od nich przede wszystkim intensywności. A intensywność łatwo pomylić z głębią.

Nie znaczy to oczywiście, że werdykt jury był niesprawiedliwy. Festiwalowe decyzje zawsze są wypadkową gustów, wrażliwości i określonej wizji teatru. Tegoroczne nagrody wydają się jednak symptomatyczne: premiują teatr radykalnego gestu, estetycznej odwagi i performatywnej energii. Mniej miejsca pozostawiają dla teatru skupienia, subtelności i precyzyjnej pracy zespołowej.

A przecież właśnie taki teatr – cichy, uważny, oparty na relacji – bywa dziś najbardziej rewolucyjny.

Festiwal Szkół Teatralnych

Kategorie:


Cytat Dnia

„[…] hierarchiczność w instytucji teatralnej próbuje rozładować się przez stworzenie struktur korporacyjnych (a więc znowu kapitalistycznych). Tak wygląda produkcja w kilku dużych teatrach, w których ostatnio pracowałem. Kilka producentek, system cotygodniowych spotkań podsumowujących prace, podkreślanie dobrostanu zespołu i instytucji – a z drugiej strony »mailologia« (bez poszanowania ekologii), brak jednostek odpowiedzialnych, bo odpowiedzialność rozmywa się w dużej grupie podmiotów, i w końcu zachowania pasywno-agresywne […]”

Michał Borczuch w rozmowie z Agnieszką Zgieb; „Théâtre/Public”, 20.05.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL