Każdy widz ma rację
Z reżyserem Oskarem Sadowskim rozmawia Piotr Gaszczyński.
fot. Vlad Baranov




Z reżyserem Oskarem Sadowskim rozmawia Piotr Gaszczyński.
fot. Vlad Baranov
O kulisach powstawania filmu „Pieśń o nocy”, metodach pracy z aktorami oraz o tym, że queer może mieć różne oblicza i nieoczywiste konteksty, z Oskarem Sadowskim – reżyserem filmu pokazywanego na 66. Krakowskim Festiwalu Filmowym – rozmawia Piotr Gaszczyński.
P. G.: Na początek podsumujmy dotychczasowy odbiór filmu. Na niedawno zakończonym Krakowskim Festiwalu Filmowym „Pieśń o nocy” zdobyła wyróżnienie Stowarzyszenia Kin Studyjnych. Podejrzewam, że liczyliście na więcej…
O.S.: Dla mnie był to bardzo ważny czas – jest to mój pierwszy projekt filmowy i pierwsza festiwalowa premiera kinowa. Projekcja naszego filmu wzbudzała duże zainteresowanie, na tyle duże, że kierownictwo festiwalu zorganizowało dodatkowy pokaz. Nagroda, z której bardzo się cieszę i ją doceniam, jest najlepszym, co mogło nam się przydarzyć z jednego prostego powodu – otwiera nam ona drogę do dystrybucji kinowej filmu w całej Polsce, co się rzadko zdarza przy filmach krótkometrażowych. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy.
Skoro wywiad ma ukazać się w „Teatrze dla Wszystkich”, to skupmy się na relacji kino–teatr. Czy reżyserowi działającemu w głównej mierze w teatrze udaje się uwolnić od myślenia o filmie jak o spektaklu? Pytam o to, ponieważ jesteś reżyserem związanym artystycznie z Krystianem Lupą, a w filmie występuje jego „muza”, czyli Ewa Skibińska. Mamy sugestywną rozmowę przy kolacji… teatr gdzieś cały czas jest obecny w „Pieśni o nocy”.
Krystian na pewno jest obecny we mnie, bo pracuję z nim już 13 lat - jest moim nauczycielem i mistrzem.
Myślę, że takim uśmiechem w jego kierunku jest to, że nasi bohaterowie podczas kolacji jedzą sandacza podobnie jak bohaterowie „Wycinki” – pierwszego spektaklu, przy którym pracowałem z Krystianem.
Czy da się uwolnić od myślenia teatralnego podczas pracy nad filmem? Dopiero w trakcie montażu w pełni zrozumiałem na czym polega różnica. Kiedy przygotowywaliśmy się do zdjęć, wydawało mi się, że widzę ten film, ale teraz wiem, że widziałem sytuacje, teatralne sceny. Film jest jednak złożony z obrazów – ruchomych, ale obrazów. Tak więc oprócz sposobu prowadzenia aktorów, dochodzi kadr, kąt, dynamika ustawienia kamery i to w równym stopniu przyczynia się do budowania narracji.
Jeśli chodzi o samą metodę pracę z aktorami - jestem ze szkoły Krystiana Lupy. Dużą wartość dla mnie ma trwanie w pogłębionym procesie postaci, dochodzenie do coraz wrażliwszych miejsc emocjonalnych.
Natomiast na planie zazwyczaj nie pracuje się chronologicznie, a sceny nagrywamy w kompletnie różnych wariantach emocjonalnych, nie wiedząc jeszcze co może przydać nam się w ostatecznym montażu. Daje to przestrzeń do większego freestyle’u i improwizowanych poszukiwań.
Czy przez to praca na planie nie wydaje się bardziej komfortowa od teatralnej? Powrót do danej sceny przy minimalnie innym ustawieniu kamery, poszukiwanie odpowiedniego momentu w ujęciu nr 45 itd.
W ogóle tak nie jest, zwłaszcza przy projekcie o niskim budżecie jak nasz. Rzadko zdarza się sytuacja, że możemy wrócić do którejś sceny. Czasu brakuje, kalendarz planu zdjęciowego jest napięty. Weźmy na przykład taką scenę kolacji – nie zdążyliśmy nagrać ujęć tej sceny w szerokim planie – dzień zdjęciowy się kończył, a godziny pracy ekipy filmowej na planie są nienaruszalne. Żeby zrealizować ujęcia innego dnia musielibyśmy ponownie zamówić z Warszawy taki sam catering, ale też wyciemnić wszystkie okna w pomieszczeniu i udawać oświetleniem noc, bo wszystkie nocne godziny były już zagospodarowane na inne sceny. A na takie ruchy nie mieliśmy już budżetu.
Czy zgodzisz się, że „Pieśń o nocy” jest teatralna, ale nie w znaczeniu Teatru Telewizji, lecz raczej poprzez sposób kadrowania, stosowanie pauz i pewną niespieszność w prowadzeniu narracji? Że mimo krótkiego metrażu pozwala wybrzmieć poszczególnym scenom i emocjom?
Na tym bardzo mi zależało. Chciałem, żeby widz miał poczucie bezczasu, wolnego sączenia się historii. Dlatego w filmie jest tak mało słów. W procesie montażu nie wycinałem scen, wycinałem zdania. Mimo to aktorzy nadal mają je w sobie, nie muszą ich wypowiadać, by mogły wybrzmieć.
Nie uważam jednak „niespieszności” za jakość typowo teatralną. Weźmy filmy Carlosa Reygadasa czy spektakle Jana Klaty. Natomiast z teatru chciałem przenieść poczucie, że widz tam jest. I mam wrażenie, że to się udało.
To może teraz nieco pod prąd. Przypomnijmy, że główną osią filmu jest intymna, erotyczna relacja pomiędzy będącym u kresu życia starszym mężczyzną a wynajętym do tego celu młodym chłopakiem. Na dodatek cała sytuacja jest zaaranżowana przez żonę seniora.
W opisach filmu czy Waszych (reżysera i aktorów) wypowiedziach podkreślacie poetyckość spotkania dwóch mężczyzn, kwestie samorealizacji, spełnienia pragnień czy odnalezienia skrywanej tożsamości. Myślę jednak, że bez okrągłych słów można spojrzeć na tę historię również przez pryzmat klasowy: znudzona para snobów wykorzystuje swoją pozycję materialną i społeczną, by zabawić się chłopakiem, którego postać wydaje się najbardziej tragiczna w całym filmie. Piękne słowa mają jedynie stworzyć otoczkę dla całkiem przyziemnych, naturalistycznych potrzeb.
To nie jest romantyczna relacja. Czy widz może ją tak odebrać?
Na pewno zależało mi na tym, żeby nasi bohaterowie nie byli czarno-biali.
Można tu oczywiście mówić o wykorzystaniu klasowości, natomiast nie zgodzę się z tym, że im się nudzi. Oczywiście można patrzeć na filmowe małżeństwo jak na pretensjonalnych snobów, patrzących na innych z wyższością, która ma swoje źródło w głębokim nieszczęściu.
Dlatego wybrałem bohaterów, którzy sami stworzyli sobie więzienie bogatego życia, przepełnionego sztuką mającą rekompensować życiowe niespełnienie. Natomiast czy snob, czy nie, czy bogaty, czy nie – bohater filmu zdecydował się na coming out w perspektywie choroby i zbliżającej się śmierci.
Czy użycie w filmie figury pary związanej ze światem artystycznym nie jest drogą na skróty? Gdyby głównym bohaterem „Pieśni o nocy” był Mirosław z Bytomia, emerytowany hydraulik a jego żona sprzątałaby w lokalnej szkole, to czy dałoby się stworzyć równie zniuansowaną historię, czy jednak byłaby ona zupełnie inna?
Na pewno sprzedażowo byłaby to mocniejsza propozycja, gdyż wciąż nie mija moda na egzotyzację polskiej biedy, szarych bloków, wódki i ziemniaków. Ale jak długo będziemy udawać, że cała Polska wygląda właśnie tak, i na tym opierać jej atrakcyjność, zwłaszcza na festiwalach za granicą? Zadawałem sobie takie pytanie w trakcie pracy nad filmem.
Ta historia przyszła do mnie sama, jest inspirowana prawdziwymi zdarzeniami.
Para, która zaprosiła do siebie młodego chłopaka, nie należała do wyższych sfer – to byli ludzie z bloków, właśnie tacy, o jakich mówisz.
W robieniu filmu ważne są dla mnie dwie kwestie: jedna to wewnętrzna potrzeba, druga – opowiadanie o świecie, który znam i który w jakiś sposób jest mi bliski.
Nie będę udawał, że znam świat blokowisk, nie mam kontaktu z tymi ludźmi. Na nieszczęście albo szczęście (śmiech) otaczam się samymi pretensjonalnymi starszymi panami i paniami. Z takich właśnie ludzi pisaliśmy scenariusz – pewne zdania czy wypowiedzi bohaterów są kwestiami, które słyszałem podczas różnych kolacji i spotkań, na które bywałem zapraszany.
Wzrusza mnie nieszczęście ludzi, którzy teoretycznie mają wszystko.
Z drugiej strony szeroko rozumiane środowisko artystyczne nigdy nie miało większego problemu choćby z akceptacją związków w różnych konfiguracjach. Gdy popatrzymy na historię literatury, sztuki i innych dziedzin artystycznych, zobaczymy, że margines tolerancji zawsze był znacznie większy niż u przysłowiowego Mirka hydraulika.
I tak, i nie. Ona kolekcjonuje sztukę, która jest rekompensatą pewnej życiowej straty. On jest dla mnie kimś, kto mógł być w przeszłości np. konsulem, kimś, kto pełnił funkcję reprezentacyjną. Tak myślę o swoich bohaterach.
Nie są artystami, są osobami, które się z nimi przyjaźnią – bywają w tym środowisku, są blisko, ale sami nie mają na tyle odwagi, by się otworzyć. Są w jakiś sposób uprzywilejowani klasowo i intelektualnie. I mimo to tkwią w starym paradygmacie tego, co znaczyło być dobrym człowiekiem, w tym mentalnym więzieniu. Nie mogą uwolnić się od tych sztywnych ram narzuconych im przez społeczeństwo i kulturę, w której się wychowali. To jest dla mnie właśnie mniej oczywiste i silniejsze ustawienie tej sytuacji.
Warto zwrócić uwagę na pewien kontrast. „Pieśń o nocy” jest poetycka w formie, muzyce, sposobie kadrowania czy scenografii, z drugiej zaś strony ukazuje erotyczne zbliżenie bardzo dosłownie. Czy ten kontrast ma powiedzieć coś uniwersalnego – że nieważne, skąd pochodzimy i kim jesteśmy, w łóżku natura zrównuje wszystkich? Czy jest to raczej forma nowego, nieznanego doświadczenia głównego bohatera, która stoi w opozycji do jego dotychczasowego życia?
Zgodzę się i nie zgodzę.
Myślę, że sposób, w jaki zostały nakręcone sceny erotyczne, jest równie poetycki jak reszta filmu.
Zdecydowaliśmy się jednak na realizację tych scen w mastershocie, w szerokim planie, co nadaje im dodatkowy, dokumentalny charakter. Nie mówiłbym jednak o „dosłowności”.
Oprócz końcówki sceny, gdzie obserwujemy parę z bliska…
To jeden z moich ulubionych kadrów. Dla mnie osobiście również bardzo poetycki. Ale wszyscy mamy różne wrażliwości, więc dopuszczam różne możliwości odbioru tego ujęcia, w tym naturalistyczną.
Zgodzisz się jednak, że widza może w pewnej mierze zszokować to, co zobaczy. To trochę jak w scenie w pociągu z pierwszej części Nimfomanki….
Ludzi szokują różne rzeczy. Mnie rzeczy raczej ciekawią. Nasz film można rozczytywać w dwóch kategoriach: stricte fabularnej, psychologicznej oraz symbolicznej. Poetyckość otwiera nas na symbolikę – chociażby młodego chłopaka, który może być personifikacją pragnienia, pożądania, a może aniołem śmierci. A naturalizm pozwala zobaczyć realną sytuację, prawdziwych ludzi.
Wydaje się też, że „Pieśń o nocy” pokazuje, jak marzenie o czymś jest dużo bardziej atrakcyjne od jego spełnienia. Po wszystkim, co się wydarza, młody chłopak zostaje odrzucony przez żonę głównego bohatera. Nie ma już poetyckiego rozmarzenia o tym, jak to będzie. To się już wydarzyło – „Masz pieniądze i wyjdź”.
To bardzo ważny, tajemniczy moment tego filmu. To nie było jej marzenie. Robiąc research do filmu, rozmawiałem z psychologiem i seksuologiem Robertem Kowalczykiem, pytając go, na ile sytuacja ukazana w filmie jest realna i czy takie rzeczy w związkach się zdarzają.
Powiedział mi, że jest to jak najbardziej prawdopodobna sytuacja, ponieważ żony gejów w momencie, w którym zgadzają się na zbliżenie ich męża z innym mężczyzną, nie chcą oddać sfery erotycznej – dlatego często zostają obserwatorkami, organizatorkami całego wydarzenia. Są w pobliżu, by na jakimś poziomie uczestniczyć w tym, co się dzieje.
Jest w tym działaniu zazdrość? Chęć kontroli?
Myślę, że jest to złożone. Ale akt seksualny pomiędzy moją bohaterką a chłopakiem widzę jako ostatnie, symboliczne jej zbliżenie z mężem – chłopak jeszcze nim pachnie, ma na sobie jego pot, wygląda jak jego młodsza wersja.
Porozmawiajmy jeszcze o kontrastach. Dla mnie „Pieśń o nocy” to queerowa tematyka w tradycyjnych wnętrzach. Na poziomie estetycznym dochodzi tu do niemałego zderzenia. Spodziewamy się kampu niczym u Almodóvara, a dostajemy przestrzeń rodem ze szlacheckiego dworku: ciężką, zabudowaną obrazami, tradycyjną i nieco staroświecką…
Mamy kontrast starego porządku – ludzi, którzy w nim żyją – z młodą energią, która w ten świat wkracza. Zależało mi na tym, żeby dom małżeństwa reprezentował ich pokolenie oraz to, że rzecz dzieje się w Polsce. Dlatego nie poszedłem w estetykę bliższą młodemu bohaterowi – chciałem uczynić go intruzem, który wdziera się do statecznego świata „starych”.
Zależało mi na jak najwierniejszym oddaniu charakteru takiego miejsca, dlatego np. użyliśmy na planie oryginalnych obrazów. W filmie można zobaczyć prace m.in. Janka Simona, Martyny Pinkowskiej, Rafała Zajki czy Krzysztofa Gila. Co nieoczywiste, uważny widz znajdzie w jednym z kadrów również popiersie Jana Pawła II.
Słyszałem głosy, że nasz film bliższy jest nie Almodóvarowi, a Viscontiemu… Queer queerowi nierówny.
Im więcej różnych opinii, tym lepiej dla filmu.
Jasne, właśnie o to chodzi. Ustalmy, że każdy z widzów ma rację (śmiech).
Krótki metraż ma to do siebie, że musi kondensować wiele rzeczy. Widzisz potencjał na rozwinięcie tej historii w innym, dłuższym formacie? Wprawdzie coming out jako temat jest już przez kino dość mocno wyeksploatowany, ale chyba nie na tyle, by nie dać szansy bohaterom „Pieśni o nocy” na rozwinięcie historii swoich postaci.
Myślę, że wyjątkowość tego filmu polega na poruszeniu tematyki seksualności ludzi w podeszłym wieku – tego w naszym rodzimym kinie jeszcze nie było. Drugą sprawą jest kwestia małżeństw gejów z heteroseksualnymi kobietami – tu również dotykamy problemu nieodkrywanego wcześniej w Polsce.
Potencjał na rozwinięcie historii z „Pieśni o nocy” jest, ale nie wiem, czy będziemy mieć taką możliwość, zwłaszcza że pracujemy już nad kolejnymi projektami. Na pewno chcemy zrobić spektakl na podstawie scenariusza naszego filmu i przy okazji badać, na ile „filmowo” możemy opowiedzieć tę historię na scenie – na zasadzie eksperymentu, szukania nowych ścieżek.
Z tą samą obsadą?
Oczywiście.
„Zapolska śmiała się z idei, by »kobieta miała iść przez życie cicho i spokojnie«. Taki gorset społecznych oczekiwań wpychał jednak kobiety w równie groteskowy stan, jakim dziś może być hałaśliwe manifestowanie wariacko rozumianej niezależności. Znanej aż nazbyt dobrze z czarnych marszy i mającej odzwierciedlenie na przykład w agresywnej proaborcyjnej propagandzie”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.