Nie mam wątpliwości, że „Bujdagranda” Joanny Drozdy wyrasta z fascynacji przedwojennym kabaretem. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że nie o rekonstrukcję dawnego Qui Pro Quo chodzi tu najbardziej. Dla mnie jest to przede wszystkim spektakl o pamięci teatru – o próbie ocalenia atmosfery miejsca, którego już nie ma, ale którego sposób myślenia o sztuce wciąż może inspirować.
Już od chwili wejścia na widownię wiadomo, że twórcy chcą skrócić dystans między aktorami a publicznością. Stoliki zamiast rzędów foteli, niewielka przestrzeń i aktorzy pojawiający się niemal tuż obok widzów sprawiają, że łatwo zapomnieć o tradycyjnym podziale na scenę i widownię. Nie odebrałem tego jednak jako atrakcji samej w sobie. Ważniejsze było poczucie uczestniczenia we wspólnym spotkaniu, a nie oglądania muzealnej rekonstrukcji.
Joanna Drozda nie opowiada historii legendarnego kabaretu w sposób kronikarski. Znacznie bardziej interesuje ją moment, w którym rodzą się pomysły, ścierają temperamenty i z pozornego chaosu zaczyna wyłaniać się teatr. Dzięki temu Tuwim, Słonimski czy Krukowski nie są pomnikowymi postaciami z podręcznika literatury, lecz grupą ludzi, którzy spierają się, żartują i próbują wymyślić coś, co zainteresuje publiczność.
Przyznam, że przez pierwszy fragment spektaklu zastanawiałem się, dokąd właściwie prowadzi ta opowieść. Kolejne sceny przypominają bardziej zbiór obrazów i anegdot niż historię z wyraźnie wyznaczonym celem. Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że taki był zamysł – najpierw zanurzyć widza w twórczym rozgardiaszu, a dopiero później uporządkować go w kabaretowy program. Mnie ten pomysł przekonał dopiero w drugiej części przedstawienia.
To właśnie wtedy spektakl nabiera płynności. Poszczególne numery zaczynają się uzupełniać, piosenki i skecze układają się w spójną całość, a przedstawienie zyskuje lekkość, której wcześniej momentami mu brakowało. Nie miałem już wrażenia oglądania kolejnych epizodów, ale pełnowymiarowy wieczór kabaretowy.
Największą siłą „Bujdagrandy” okazuje się jednak zespół. Nikt nie próbuje za wszelką cenę zostać bohaterem wieczoru, co w spektaklu opowiadającym o środowisku artystycznym wydaje się szczególnie cenne. Mateusz Trzmiel tworzy pełnego energii Juliana Tuwima, Piotr Chomik z dużą swobodą prowadzi postać Fryderyka Járosy’ego, Henryk Rajfer i Piotr Sierecki wnoszą doświadczenie i sceniczną naturalność, a Izabella Rzeszowska i Monika Chrząstowska z powodzeniem odnajdują się zarówno w aktorskiej, jak i muzycznej stronie przedstawienia. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Bartosz Dopytalski. Z łatwością przechodzi od jednej postaci do drugiej, a przygotowana przez niego choreografia nadaje spektaklowi energię i tempo.
Podoba mi się również decyzja, by nie budować przedstawienia na najbardziej znanych przebojach dwudziestolecia. Nowe piosenki próbują oddać charakter tamtej epoki, ale nie udają utworów sprzed stu lat. Po wyjściu z teatru nie nuciłem żadnej z nich, ale żadna nie sprawiała też wrażenia przypadkowej. Wszystkie uczciwie pracują na atmosferę przedstawienia i pomagają zbudować jego własną tożsamość.
Doceniam także umiar w odnoszeniu się do współczesności. Owszem, można odnaleźć pewne skojarzenia z dzisiejszym światem, ale nie są one nachalne ani nie dominują nad opowieścią. Drozda nie dopisuje historii współczesnych komentarzy na siłę. Pozwala widzowi samemu zdecydować, czy i gdzie dostrzeże analogie.
„Bujdagranda” nie jest spektaklem pozbawionym słabszych momentów. Pierwsza część mogłaby być bardziej zwarta, a niektóre sceny dałoby się skrócić bez szkody dla całości. Jednocześnie trudno odmówić temu przedstawieniu autentyczności. Czuć, że powstało z potrzeby opowiedzenia o artystach, którzy traktowali kabaret nie tylko jako rozrywkę, ale także jako sposób rozmowy z publicznością.
Wyszedłem z Teatru Żydowskiego z przekonaniem, że największą wartością „Bujdagrandy” nie jest odtworzenie świata międzywojennej Warszawy. Ten świat już nie wróci. Spektakl przypomina jednak, że teatr może być miejscem inteligentnego humoru, literackiej wyobraźni i wspólnego przeżywania chwili. I choć nie wszystko wybrzmiewa z jednakową siłą, taka podróż zdecydowanie jest warta odbycia.
Teatru sprzed stu lat nie da się wskrzesić. Ale można przypomnieć, dlaczego wciąż za nim tęsknimy. I właśnie to „Bujdagrandzie” udaje się najlepiej.
Teatr Żydowski