Wczoraj miałby urodziny. Myśl o Ignacym Gogolewskim wraca do mnie nie tyle jako wspomnienie jednego aktorskiego spotkania, ile raczej jako długi ciąg obrazów i głosów, które układają się w rodzaj prywatnej biografii widza – rozproszonej, niekoniecznie teatralnej w ścisłym sensie, bardziej filmowo-telewizyjnej niż scenicznej.
Na scenie widziałem go rzadko. Właściwie te teatralne doświadczenia nie tworzą u mnie wyraźnego rdzenia pamięci o nim. A jednak nazwisko Gogolewskiego od początku funkcjonowało jako coś rozpoznawalnego, niemal oczywistego – jeszcze zanim mogłem je świadomie połączyć z konkretną rolą.
Najpierw był film. „Hrabina Cosel” Jerzego Antczaka z Jadwigą Barańską – obraz, który dziś pamięta się być może bardziej przez atmosferę niż przez szczegóły, ale który wtedy działał silnie: poprzez obecność, dykcję, sposób mówienia, który nie był jeszcze filmowy, lecz wyraźnie teatralny w najlepszym sensie tego słowa. To był ten typ aktorstwa, w którym głos ma ciężar, a fraza – rytm większy niż codzienna rozmowa.
Potem byli „Chłopi” i Antek Boryna – rola, która na długo przykleiła się do zbiorowej wyobraźni. I choć Gogolewski miał w dorobku Gustawa-Konrada, romantyczne monologi i wielkie role sceniczne, dla mnie – widza wychowanego także przez telewizję – to właśnie ta obecność w serialu stała się jednym z pierwszych naprawdę trwałych punktów odniesienia. Nie tyle „wielki aktor teatru”, ile ktoś, kto potrafił wprowadzić teatralną skalę emocji na ekran domowego telewizora.
Gogolewski w Teatrze Telewizji pojawiał się najczęściej w moim doświadczeniu – w przestrzeni pośredniej, gdzie teatr nie był już wydarzeniem jednego wieczoru w sali, ale czymś, co można było zatrzymać, obejrzeć ponownie i zapamiętać inaczej. W tym medium szczególnie wyraźna stawała się jego podstawowa cecha: kultura słowa. Nie efektowność, nie „charyzma ekranowa”, lecz fraza – świadomie prowadzona, osadzona w rytmie tekstu.
Na scenie widziałem go rzadko, ale to właśnie teatr dał mi pierwsze bezpośrednie spotkanie z nim – „Krzesła” Ionesco w Teatrze Polskim w Warszawie. Spektakl, w którym obok Niny Andrycz stworzył postać jednocześnie tragiczną i groteskową, był dla mnie doświadczeniem szczególnego rodzaju: zderzeniem wielkiego aktora z absurdem, który nie unieważniał jego klasycznego warsztatu, lecz raczej wystawiał go na próbę. To było spotkanie z aktorstwem, które nadal opiera się na słowie, nawet jeśli świat sceny zaczyna się rozpadać.
Z czasem, już w późniejszym okresie jego kariery, zobaczyłem go jeszcze w „32 omdleniach” według Czechowa w Teatrze Polonia – u Krystyny Jandy, obok Jerzego Stuhra. Była to jedna z jego późnych ról scenicznych, niemal domykająca długi aktorski życiorys. Inna energia, inna skala, ale wciąż rozpoznawalna ta sama dyscyplina: precyzja frazy, świadomość tekstu, brak przypadkowości w sposobie bycia na scenie. W tym zestawieniu – obok aktorów różnych generacji – Gogolewski nie próbował konkurować intensywnością, raczej trzymał się własnego języka teatru.
Jego wszystkie role, reżyserskie i aktorskie ślady układały się w coraz pełniejszy obraz. Ale dla mnie zawsze pozostawał przede wszystkim aktorem głosu. Kimś, kogo najpierw się słyszało, a dopiero potem oglądało.
Może dlatego jego obecność w pamięci nie jest związana z jednym spektaklem, jednym tytułem czy jedną sceną. Bardziej z czymś ulotnym – z przekonaniem, że teatr kiedyś był sztuką słowa w sposób bardziej dosłowny, niż jesteśmy dziś skłonni pamiętać.
I być może właśnie to zostaje najmocniej: nie obraz, ale fraza, która jeszcze długo po zakończeniu emisji czy spektaklu wciąż brzmi gdzieś w tle.