Hamlet zagadany
O „Hamlecie” Williama Shakespeare’a w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.
fot. Magda Hueckel




O „Hamlecie” Williama Shakespeare’a w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Wiesław Kowalski.
fot. Magda Hueckel
Nie ma chyba drugiego dramatu, który tak mocno obciążałby kolejne realizacje jak Hamlet. Każda nowa inscenizacja musi zmierzyć się nie tylko z tekstem Szekspira, ale również z ogromną liczbą wcześniejszych interpretacji. Kamil Białaszek nie próbuje jednak prowadzić dialogu z tą tradycją. Traktuje dramat przede wszystkim jako punkt wyjścia do opowieści o współczesnym świecie – świecie zdominowanym przez kapitał, media i politykę. Taki kierunek sam w sobie wydaje się uzasadniony. Problem polega na tym, że z czasem miałem poczucie, iż sam Hamlet coraz bardziej usuwa się w cień, ustępując miejsca autorskiemu komentarzowi reżysera.
Już od pierwszych scen wiadomo, że nie oglądamy klasycznego Elsynoru. Dwór zostaje zastąpiony korporacyjną strukturą, a walka o tron zamienia się w walkę o wpływy i ekonomiczną dominację. Jest to pomysł, który rzeczywiście otwiera nowe możliwości interpretacyjne. Pozwala spojrzeć na dramat jako opowieść o mechanizmach dziedziczenia władzy i reprodukowaniu przemocy przez kolejne pokolenia. Nie miałbym z tym problemu, gdyby ta koncepcja rzeczywiście rozwijała konflikty zapisane przez Szekspira. W moim odbiorze dość szybko zaczyna jednak funkcjonować przede wszystkim jako rama dla współczesnych komentarzy.
Warstwa wizualna przedstawienia robi duże wrażenie. Scenografia, kostiumy i multimedia tworzą spójny świat permanentnej obserwacji, w którym bohaterowie niemal nieustannie znajdują się pod okiem kamer. To rozwiązanie dobrze współgra z obecnym w dramacie motywem kontroli i wzajemnej inwigilacji. Jednocześnie miałem wrażenie, że z biegiem spektaklu obrazy coraz częściej przejmują funkcję, którą powinny pełnić relacje między postaciami. Wizualna atrakcyjność nie zawsze przekłada się na pogłębienie znaczeń. Czasami pozostaje przede wszystkim efektem.
Największe zastrzeżenia budzi we mnie sposób potraktowania samego tekstu Szekspira. Reżyser bardzo swobodnie dopisuje własne sceny i komentarze, jednak nie odniosłem wrażenia, aby prowadziły one do odkrycia nowych sensów dramatu. Przeciwnie – miałem poczucie, że klasyczny tekst momentami staje się jedynie nośnikiem współczesnych diagnoz społecznych i politycznych. Zamiast pozwolić, by znaczenia rodziły się z sytuacji scenicznych i relacji między bohaterami, spektakl często sam je dopowiada. W efekcie pozostawia widzowi niewiele przestrzeni na własną interpretację.
To właśnie nadmiar komentarza wydaje mi się największym problemem tej realizacji. Wielokrotnie odnosiłem wrażenie, że spektakl objaśnia własne intencje, jakby nie chciał dopuścić możliwości innego odczytania. Tymczasem siła Hamleta od wieków polega na jego niejednoznaczności. Tutaj wiele scen zostaje jednoznacznie ukierunkowanych, przez co dramat traci część swojej wielowarstwowości.
Podobne odczucia towarzyszyły mi podczas obserwowania głównego bohatera. Hamlet nie jest tutaj przede wszystkim człowiekiem uwikłanym w tragiczny konflikt, lecz postacią podporządkowaną nadrzędnej koncepcji reżyserskiej. Znacznie częściej reprezentuje określone idee, niż przeżywa własny dramat. Z tego powodu trudno było mi zaangażować się emocjonalnie w jego historię. Konflikt wewnętrzny, będący osią szekspirowskiego dramatu, schodzi na dalszy plan.
Nie oznacza to, że spektakl jest całkowicie pozbawiony udanych rozwiązań. Niektóre postaci drugoplanowe wypadają znacznie ciekawiej niż Hamlet. Gertruda zyskuje większą samodzielność, Horacjo zostaje interesująco przepisany, a Laertes wnosi do spektaklu potrzebną energię. Są to jednak pojedyncze elementy, które nie zmieniają mojego odbioru całości. Nawet dobrze poprowadzone role pozostają podporządkowane nadrzędnej tezie przedstawienia.
Najbardziej problematyczna wydaje mi się jednak skala ambicji tej realizacji. Spektakl chce jednocześnie opowiedzieć o kapitalizmie, mediach społecznościowych, przemocy, kryzysie demokracji, zmianach pokoleniowych i współczesnej polityce. Każdy z tych tematów mógłby stać się osią osobnego przedstawienia. Tutaj nakładają się na siebie, przez co żaden nie zostaje rozwinięty wystarczająco konsekwentnie. W efekcie zamiast spójnej interpretacji dramatu otrzymujemy ciąg kolejnych komentarzy odnoszących się do współczesności.
Odniosłem również wrażenie, że spektakl bardzo mocno reaguje na bieżące problemy społeczne, ale przez to część jego znaczeń pozostaje doraźna. Zamiast wydobywać z Hamleta pytania, które zachowują aktualność niezależnie od czasu, przedstawienie wielokrotnie odwołuje się do współczesnych kodów i odniesień. Nie jestem przekonany, czy za kilka lat będą one równie czytelne i równie potrzebne dla interpretacji dramatu.
Nie mogę odmówić tej realizacji ambicji ani konsekwencji wizualnej. Widać, że reżyser dokładnie wie, jaki świat chce zbudować. Ostatecznie zabrakło mi jednak zaufania do samego dramatu i do możliwości, jakie daje teatr. Zbyt często miałem poczucie, że spektakl nie pozwala scenom wybrzmieć samodzielnie, lecz od razu wskazuje, jak powinny zostać zrozumiane. W rezultacie zamiast dialogu z klasyką otrzymałem przede wszystkim autorski komentarz do współczesności.
Po wyjściu z teatru pamiętałem kilka mocnych obrazów i kilka interesujących pomysłów inscenizacyjnych, ale nie pamiętałem emocji bohaterów ani napięcia, które powinno nieść Hamleta. To właśnie dlatego przedstawienie mnie nie przekonało. Nie dlatego, że próbuje uwspółcześnić Szekspira – przeciwnie, uważam, że klasykę należy stale reinterpretować. Problem polega na tym, że w tej realizacji reinterpretacja zbyt często zastępuje dramat, zamiast z niego wyrastać. W efekcie otrzymałem spektakl efektowny i ambitny, ale bardziej zainteresowany formułowaniem własnych tez niż prowadzeniem rozmowy z tekstem Szekspira.
„Zapolska śmiała się z idei, by »kobieta miała iść przez życie cicho i spokojnie«. Taki gorset społecznych oczekiwań wpychał jednak kobiety w równie groteskowy stan, jakim dziś może być hałaśliwe manifestowanie wariacko rozumianej niezależności. Znanej aż nazbyt dobrze z czarnych marszy i mającej odzwierciedlenie na przykład w agresywnej proaborcyjnej propagandzie”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.