Fredrowska publiczność jest w dobrym humorze
O „Damach i huzarach” Aleksandra Fredry w reż. Karoliny Labahua w Teatrze Klasyki Polskiej pisze Lena Kuran.
fot. Anna Pławecka




O „Damach i huzarach” Aleksandra Fredry w reż. Karoliny Labahua w Teatrze Klasyki Polskiej pisze Lena Kuran.
fot. Anna Pławecka
Premiera „Dam i huzarów” Aleksandra hrabiego Fredry w wykonaniu Teatru Klasyki Polskiej odbyła się w nieprzypadkowym dniu – 19 czerwca 2026 roku, czyli w 233. rocznicę urodzin autora – oraz miejscu – w Żyrardowie, swoistym mieście partnerskim Teatru. Sztuka w reżyserii Karoliny Labahua zachwyciła zgromadzoną w żyrardowskim Centrum Kultury publiczność sprawnie podanym tekstem, w którym pomimo klasycznej oprawy znalazło się wiele dojmująco aktualnych wątków.
Fabuła dramatu nie należy do skomplikowanych: oto do dworku, w którym Major (Jarosław Gajewski) spędza zasłużony urlop w towarzystwie towarzyszy z pułku: Rotmistrza (Andrzej Mastalerz), Kapelana (Dariusz Kowalski) oraz Porucznika (Sebastian Fabijański), przybywają z niespodziewaną wizytą damy, siostry Majora – Orgonowa (Wiktoria Gorodecka) z córką Zofią (Julia Grenda), Dyndalska (Agata Piotrowska-Mastalerz) oraz Aniela (Marta Dylewska). Ich przybycie przerywa męskiemu towarzystwu ciąg polowań, gier w szachy i narzekań na płeć piękną, której nie uświadczy się w tej sadybie, wciągając bohaterów w gęstą sieć planów i intryg. Bardzo szybko okazuje się, że Orgonowa jest kobietą z misją: przyjechała, aby wydać córkę za Majora i tym samym zapewnić jej godny byt w niepewnej, jak wnosimy z kontekstu, sytuacji finansowej rodziny. Aby zneutralizować protesty ze strony wojaków, pozostałe siostry Majora również ruszają „do boju”: Dyndalska antagonizuje Kapelana, a Aniela próbuje skłonić Rotmistrza do oświadczyn. Równolegle rozgrywa się historia nieszczęśliwej miłości Porucznika do Zofii – tych dwoje również próbuje podstępu i intrygi, z marnym zresztą skutkiem – a w tle obserwować możemy Grzegorza (Paweł Lipnicki), ordynansa Majora, tracącego głowę dla przybyłych z damami panien służących, Józi (Marta Tabęcka) i Zuzi (Justyna Fabisiak). Jedynie stary huzar Rembo (Henryk Gołębiewski) zachowuje zimną krew i jasny umysł, studząc zapały pozostałych wojskowych daleko lepiej niż pojawiający się kilkakrotnie na scenie ceber wody. Wszystko kończy się dobrze, porządek zostaje przywrócony, a ogłoszone przez Majora „zwycięstwo kobiet” ma realny wpływ jedynie na jednego z bohaterów – Porucznika Edmunda, który żeni się z ukochaną.
Publiczności zaprezentowano zatem klasycznego Fredrę – nieco farsowego, robiącego znakomity użytek z gier słownych i humoru sytuacyjnego, a przy tym skrycie romantycznego – w klasycznym entourage’u, co nasuwa być może pytanie o wartość poznawczą tej inscenizacji dwieście jeden lat od lwowskiej prapremiery „Dam i huzarów”. Śpieszę zapewnić, że sztuka broni się znakomicie: tekst podany jest jasno, z przekonaniem i bez niepotrzebnych przerysowań, a osobowości bohaterów dają aktorom możliwość zaprezentowania umiejętności komediowych. Interpretacja dramatu nie zatrzymuje się wyłącznie na poziomie walki pierwiastka żeńskiego z męskim lub odwrotnie: trzy siostry Majora mogą być odczytywane jako pomysłowe polityczki, obiecujące swoim „wyborcom” dokładnie to, co chcieliby oni usłyszeć, lub może internetowe influencerki umiejętnie łechcące ego „obserwatorów” i skłaniające ich do zmiany poglądów na sprawy codzienne i zasadnicze. I choć duma huzarów cokolwiek cierpi w tym eksperymencie, ostatecznie patrzymy na nich z sympatią – podobnie jak na bohaterów żurawiejek, kupletów biorących na cel poszczególne pułki polskiej i rosyjskiej kawalerii, którymi bogato okraszony jest program spektaklu. Nikt nie zostaje ośmieszony czy poniżony, co mogłoby przecież mieć miejsce we współczesnych kontekstach polityczno-influencerskich. Postacie puszczają oko do publiczności i zalecają krytyczne spojrzenie na to, co proponują nam wszelkiego typu agitatorzy, nawet działający ze szlachetnych pobudek – a publiczność wychodzi z premiery uśmiechnięta, trzymając zastępcę dyrektora Teatru Klasyki Polskiej, Piotra Dudę, za słowo w kwestii kolejnego spektaklu, jaki ma zostać wystawiony w Żyrardowie zaraz po rozpoczynającym się wkrótce remoncie sali widowiskowej Centrum Kultury.
Obecnie dostępna w tej placówce kultury przestrzeń sceniczna jest raczej prosta i brak w niej typowo teatralnych rozwiązań w rodzaju zapadni czy chociażby… kurtyny, a mimo to zaproponowana przez twórców „Dam i huzarów” wizja świata bardzo dobrze się tu sprawdziła. Oszczędna, ale funkcjonalna i estetyczna scenografia oraz klasyczne (nomen omen) kostiumy autorstwa Aleksandry Redy zbudowały klimat inscenizacji w harmonijnej współpracy ze światłem (Michał Drozd), muzyką (Marcin Markowicz), umiejętnie poprowadzoną choreografią (Jarosław Staniek) i projekcjami wideo (Kamila Siwińska), rozszerzającymi pole do gry aktorskiej poza symboliczne ściany salonu Majora. Brak wizualnych „fajerwerków” pozwala skupić się na tekście oraz zauważyć subtelne wybory aktorskie (Gorodecka używająca wachlarza z pasją i precyzją godną lepszej sprawy, Fabijański spoglądający znacząco na publiczność jak łapiący kontakt wzrokowy z kamerą bohater serialu „The Office”, Gajewski pokazujący autentyczne zdumienie i zagubienie Majora). Przesympatycznym zabiegiem reżyserskim jest także „wyłuskanie” fragmentu tekstu o Zofii śpiewającej Rossiniego i zaprezentowanie talentu wokalnego Julii Grendy, studentki warszawskiej Akademii Teatralnej. Jeżeli czegoś nie udało mi się zrozumieć ani zaakceptować w warstwie czysto inscenizacyjnej, to użycia dymu scenicznego: aktorzy i twórcy przenieśliby publiczność do świata Fredry również bez tego elementu.
Nie mam wątpliwości, że „Damy i huzary” w reżyserii Karoliny Labahua dołączą do stałego repertuaru pokazywanego na licznych scenach goszczących Teatr Klasyki Polskiej. Dzięki objazdowej formie swojej działalności TKP przybliża kanon repertuaru narodowego publiczności, której być może nie jest łatwo trafić do teatrów w większych ośrodkach miejskich, a która jednocześnie czuje potrzebę kontaktu z dobrze podanym tekstem i prawdą sceniczną. Życzmy sobie i twórcom TKP jak największej liczby spektakli i jak najwięcej szczerego śmiechu.
„Zapolska śmiała się z idei, by »kobieta miała iść przez życie cicho i spokojnie«. Taki gorset społecznych oczekiwań wpychał jednak kobiety w równie groteskowy stan, jakim dziś może być hałaśliwe manifestowanie wariacko rozumianej niezależności. Znanej aż nazbyt dobrze z czarnych marszy i mającej odzwierciedlenie na przykład w agresywnej proaborcyjnej propagandzie”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.