„Czarnoksiężnik z Krainy Oz” w łódzkim Teatrze Arlekin łączy w sobie elementy teatralnej baśni dla najmłodszych, historii o szukaniu wewnętrznej siły i motywacji dla nieco starszych oraz ekokrytycznego spektaklu dla dorosłych z domieszką psychoanalizy. Wszystko to scalają popkulturowe klisze, ironia i puszczanie oka w stronę starego kina, bo większość właśnie stąd kojarzy historię Dorotki i jej kompanów.
Spektakl zaczyna się od jasnego przekazu: świat dąży ku zagładzie, ludzie nie dbają o swoją planetę, co prowadzi do coraz częstszych anomalii pogodowych i katastrofy klimatycznej. Człowiek prowadzący telewizyjne wiadomości radzi schować się przed tornadem. Nie udaje się – Dorotka razem ze swoim psem zostaje przeniesiona na drugą stronę tęczy. Warto w tym momencie zatrzymać się przy scenografii (której autorką jest Agata Stanula, odpowiedzialna również za kostiumy i lalki). Fantazyjna Kraina Oz przypomina kadr z filmu „Było sobie życie” – faliste kształty, kolorystyka i struktura poszczególnych elementów przywodzą na myśl wnętrze organizmu, pulsujące życiem tkanki z ekranem-centralą umieszczoną z tyłu sceny. Całość sprawia wrażenie jednoczesnego bycia w i poza światem, co jest niezwykle pomysłowym odzwierciedleniem onirycznego charakteru „Czarnoksiężnika…”. Będąc w umyśle, bądź co bądź nieprzytomnej w realnym świecie Dorotki, wkraczamy wraz z dziewczynką w fascynujący świat pełen niebezpieczeństw i pułapek.
„Czarnoksiężnik z Krainy Oz” w reż. Leny Frankiewicz jest w gruncie rzeczy mocno psychoanalitycznym spektaklem. Poszczególni bohaterowie i napotkane po drodze sytuacje są składowymi, które pomagają Dorotce osiągnąć cel – wrócić do domu, czyli do siebie. Zintegrować się w pełni. Żeby nie być gołosłownym: Glinda – opiekunka Munchkinów z akcentem à la wczesna Dżoana Krupa – bawi się figurą kobiety-Barbie, czyli pułapką uprzedmiotowienia i powierzchowności. Blaszany Drwal – RoboCop z przeszłością „Szeregowca Ryana” (co widzimy na wideo-retrospekcji) – symbolizuje lęk przed śmiercią. Tchórzliwy Lew, którego nagranie z młodości oglądamy na ekranie, symbolizuje strach przed upokorzeniem i byciem ocenianym. Podobnie jest ze Strachem na Wróble i łatką „głupka”.
Na współczesnych dzieciaków czeka wiele pułapek i niestety, w przeciwieństwie do takich dziadersów jak ja, ich wszystkie głupie i kompromitujące zachowania nie istnieją jedynie w pamięci uczestników tamtych zdarzeń, ale są przenoszone do internetu, który, jak wiemy, nie zapomina. Najmłodsze pokolenie w zasadzie od pierwszych chwil życia bombardowane jest wszechobecną technologią, dodatkowo naszpikowaną fake newsami i treściami wygenerowanymi przez AI. Nie inaczej jest z Czarnoksiężnikiem – jego kraina pojawia się w kiczowatych reklamach na ekranie w głębi sceny. On sam jest przecież nikim innym jak zwykłym oszustem kreującym swój wizerunek na boskiego, wszechmocnego władcę.
Żeby nie było jednak tak poważnie, trzeba wspomnieć, że „Czarnoksiężnik z Krainy Oz” jest też po prostu barwną, kolorową historią o zwycięstwie dobra nad złem. W łódzkim spektaklu nie brakuje zabawnych momentów. Przoduje w nich duet Latającej Małpy i Złej Czarownicy, którzy, jak to w bajkach, są bardziej śmieszni niż straszni. Dopracowane kostiumy i efektowne lalki uzupełniają całość, która spina się w spójną – w swojej wieloznaczności – historię. Nie jest łatwo w jednym spektaklu usatysfakcjonować kilka pokoleń widzów. W łódzkim Arlekinie wiedzieli, jak to zrobić, za co należą się najszczersze gratulacje.
Teatr lalek Arlekin