Czy każda potwora znajduje amatora?
O spektaklu „Iwona, księżniczka Burgunda” Witolda Gombrowicza w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze Ateneum w Warszawie pisze Anna Czajkowska.
fot. Krzysztof Bieliński




O spektaklu „Iwona, księżniczka Burgunda” Witolda Gombrowicza w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze Ateneum w Warszawie pisze Anna Czajkowska.
fot. Krzysztof Bieliński
W 1957 roku odbyła się prapremiera „Iwony, księżniczki Burgunda”. O swojej pierwszej sztuce wystawionej w teatrze Gombrowicz pisał: „Walczyłem zajadle z formą… Rodził mi się absurd zjadliwy i niepodobny do sztuk, które wówczas pisano”. Zabawna groteska, gorzka i ironiczna parodia mechanizmów społecznych oraz konwenansów, a także zachowań człowieka uwikłanego w zhierarchizowane struktury, spodobała się publiczności. Dramat często wraca na sceny teatralne, rezonując z rzeczywistością na bardzo wielu poziomach, co zdaje się potwierdzać kolejna adaptacja, tym razem w reżyserii Anny Augustynowicz. W Teatrze Ateneum wspaniałomyślne elity znowu stają twarzą w twarz z własnymi namiętnościami, stłumieniami i frustracjami. Czy powiedzą widzom coś nowego? Raczej nie.
Tragikomiczna historia zaczyna się w momencie, gdy następca tronu, książę Filip, spotyka na spacerze dziewczynę nieładną, mało interesującą, zupełnie pozbawioną wdzięku i irytująco milczącą. Apatyczna, nudna, trwożliwa cimcirimci wywołuje u wszystkich głęboki niesmak, budzi ukryty lęk. Król, królowa, cały dwór są „poruszeni” jej dziwną odmiennością, brakiem urody, rozmemłaniem. Panna nie wypowiada ani słowa, nie porusza się, nie konwersuje, nie wchodzi w rolę, nie stara się o powodzenie wśród kawalerów. To nie do przyjęcia, bowiem nie można milczeć i tak po prostu być. Iwona nie pozwala się uspołecznić, ukształtować, ująć w formę i przez to wywraca cały ustalony porządek rzeczy do góry nogami. Wręcz buntuje się przeciwko prawu natury, co budzi obrzydzenie, ale i pokusę.
Wielość możliwości interpretacyjnych sprawia, że ten wybitny utwór Gombrowicza i pytania, które stawia, pozwalają na uniwersalne odczytanie, czasem stają się diagnozą naszej rzeczywistości oraz mechanizmów społecznych i politycznych kierujących państwem. Anna Augustynowicz próbuje spojrzeć w przyszłość i konfrontuje klasyczny dramat z aktualnymi wydarzeniami, jednocześnie analizując zachowanie „młodych” oraz ich sprawczość. Czy Filip jest zdolny do konsekwentnego buntu? Maciej Musiałowski w roli księcia jest trochę sztuczny, ale potrafi skupić na sobie uwagę i zaintrygować, stawiając na indywidualizm. To typowe dziecko bogatych, wpływowych rodziców, działające pod wpływem kaprysu, śmiejące się z przekonań starszego pokolenia. Walczy sam ze sobą i rzuca wyzwanie naturze, zaręczając się z Iwoną. „Nie poddam się temu, będę ją kochał!” – mówi.
Karolina Charkiewicz jako bierna, prawie przez cały czas milcząca Iwona drażni — i taka właśnie ma być — ale jednocześnie budzi współczucie. Pokazuje, że jej bohaterka czuje się silnie zablokowana i tylko w ten sposób potrafi się bronić. Niestety, ten przekaz zanika w toku akcji, brakuje mu wewnętrznego przekonania aktorki. Za to Maria Ciunelis i Przemysław Bluszcz, wcielając się w królewską parę, tworzą iście gombrowiczowskie postacie — wynaturzone, krwiste i zmysłowe. Maria Ciunelis gra zdecydowanie, choć z lekką, uroczą brawurą. W roli Małgorzaty, opętanej ciągotami grafomańskimi, zrzuca nagle ciasny gorset dobrych manier i sztucznych konwenansów, oddając się zmysłowej zabawie, która budzi śmiech pomieszany ze strachem. Niepostrzeżenie staje się podobna do znienawidzonej Iwony, a przy tym rozkosznie recytuje częstochowskie rymy, popadając w nieokiełznany szał. Obserwując ją w tej groteskowej scenie, nie mogę nacieszyć się głosem aktorki. Jakże zabawną, a zarazem przerażającą kreację prezentuje publiczności Przemysław Bluszcz, czyli „monarcha z klasą”. Ignacy przypomina sobie dawne grzeszki i naturalnie się ich wstydzi. Wystarczy jednak, że założy koronę, a wszystko wraca do normy. Król staje się wielkodusznym władcą, dobroczyńcą, półbogiem. Nic nim nie zachwieje — o zgrozo.
Adam Cywka jako Szambelan konsekwentnie buduje swoją postać. Aktor z wyczuciem wciela się w lizusa i podstępną kreaturę, czaruje jak wąż, podsuwa rozwiązania. Umie być słodki i irytujący, a czasami po prostu… straszny. Nieugięcie trzyma się jednak swoich zasad. Wkrótce wyrozumiała i grzeczna arystokracja zamieni się w potwory — cały dwór mobilizuje się, budzi uśpionego demona, przestaje drżeć i z wyższością próbuje zabić.
Postaci drugoplanowe — Paweł Gasztold-Wierzbicki jako Cyprian oraz Krystian Pesta jako Cyryl — to wymuskani, służalczy do granic obrzydliwości i wygodniccy młodzieńcy, stanowiący odpowiednie tło dla całej elity. Podobnie jak Katarzyna Łubik w roli damy dworu Izy. Gromadce groteskowych postaci towarzyszy Bartłomiej Nowosielski, pojawiający się w wielu rolach i wcieleniach podsumowujących oraz uwypuklających głupotę szacownego towarzystwa.
Obecność Iwony na królewskim dworze prowokuje i zastrasza wszystkich. Jej brzydota i inne niedostatki przypominają każdemu o własnych brakach i niechlubnych postępkach.
Strukturę dworu podkreślają surowa scenografia oraz monochromatyczne projekcje multimedialne pojawiające się na ścianach i w tle sceny. Cyfrowy świat to obecnie najbliższa nam przestrzeń, istniejąca niemal poza nami. Współczesny rys mają również kostiumy, potraktowane z lekkim przymrużeniem oka. Dzięki temu spektakl zostaje umieszczony w uniwersalnej przestrzeni, a zarazem miał stać się aktualny. Nie do końca się to udało.
Dziś głosujemy za demokracją, lubimy, gdy uznaje się nas za bardziej wyrozumiałych, tolerancyjnych i otwartych na innych. Mimo to dramat Gombrowicza nadal niepokoi, pokazując, że walcząc z fobiami i niejasnymi sytuacjami, z błahego powodu potrafimy przypiąć komuś łatkę „gorszego”, niebezpiecznego.
Spektakl przesycony jest humorem i ostrą kpiną — poprzez śmiech najłatwiej pokazać absurdy naszej rzeczywistości, wady i kompleksy cywilizowanego człowieka. Wartością tej inscenizacji pozostaje zgrana praca całego zespołu. To jednak nie wystarcza, by ostrzem satyry skutecznie wskazać mechanizmy wykluczenia i uwrażliwić na tych, którzy nie dopasowują się do wyznaczonych przez społeczeństwo ról, lekceważą utarte konwenanse i nie chcą brać udziału w międzyludzkich oraz międzypłciowych gierkach. W świadomości globalnego dworu nie ma miejsca na niedookreślenia.
„[…] najnowszy tekst Pawła Demirskiego jest za długi i niekoniecznie porywający literacko. Na poły ironiczne opowieści o śmierci ojca i jej konsekwencjach stają się dość szybko zawstydzająco nudne. Zawstydzająco – bo w końcu człowiek opowiada o swoich bardzo osobistych i bolesnych przeżyciach, więc napisać, że mówi za dużo i właściwie w kółko to samo, to jednak nie bardzo uchodzi. Cóż jednak robić, skoro tak właśnie jest”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.