W najnowszej premierze Opery Nova „Amerykanin w Paryżu” Krzysztof Pastor przenosi widzów w świat, w którym muzyka Gershwina, taniec i sceniczna baśniowość splatają się w opowieść o przyjaźni, miłości i nadziei. To balet, który pozwala na chwilę zapomnieć o codzienności i zanurzyć się w świecie prostych, pięknych emocji.
Opera Nova w Bydgoszczy przyzwyczaiła widzów do doskonałych baletów i etiud tanecznych. Między innymi „Carmen”, „Zniewolony umysł”, „Szepty i cienie”, „Fascynacje” charakteryzował minimalizm, zabawa formą i barwą, co z kolei pobudzało wyobraźnię do snucia opowieści często wybiegających nawet poza koncepcję twórców. Najnowszy balet Opery Nova – „Amerykanin w Paryżu” – to inscenizacja nieco odmienna od przywołanych. Gratka, bo spektakl autorski, przygotowany specjalnie dla bydgoskiego Baletu przez światową legendę – Krzysztofa Pastora, a zarazem przedsięwzięcie bardziej bajkowe i scenicznie bogate, budzące skojarzenia bliższe bydgoskiemu „Dziadkowi do orzechów” czy „Alicji w Krainie Czarów”.
Bajkowa jest tu zatem fabuła – jesteśmy przecież w tanecznej wariacji, w której poemat symfoniczny George’a Gershwina koresponduje z kultowym filmem z lat 50. XX wieku ze złotej ery musicalu, z Gene’em Kellym w roli szlachetnego i wrażliwego byłego żołnierza amerykańskiej armii, który po zakończeniu wojny próbuje na nowo ułożyć sobie życie w Paryżu.
W koncepcji Krzysztofa Pastora nie kryją się żadne fałszywe nuty ani zawoalowana ironia. Z realnego świata, w którym politycznym liderom coraz dalej do jakichkolwiek ideałów innych niż przewaga militarno-ekonomiczna, wchodzimy zatem w balet wychwalający przyjaźń, miłość i braterstwo. Umowność przedstawionego świata podkreśla scenografia Natalii Kitamikado – jakby wycięta z ilustrowanej opowieści, tworząca Paryż, a w nim także Montmartre – kartonowy, nierzeczywisty, piękny.
Baletowy „Amerykanin w Paryżu” w wersji fabularnej jest przede wszystkim triumfem cech ludzkich coraz rzadszych, a przez to coraz bardziej pożądanych. To świat, w którym wojenne traumy, ale i rozdarcie w uczuciowych trójkątach można wytańczyć w sposób zapierający dech w piersiach. Doskonały jest Rafał Tandek w charyzmatycznej roli choreografa Henriego – charakternego, lecz szlachetnego, który w końcu oddaje coraz bardziej mgliste i oparte na wspólnej traumie uczucie na rzecz mistycznej miłości, jaka połączyła tytułowego Amerykanina – Jerry’ego (Artem Rybalchenko) z Lisą (Ryoka Chiba). Minimalistyczny duet filigranowej kobiety w fioletowej sukience i eleganckiego, neurotycznego mężczyzny w towarzystwie trzech studyjnych luster do „Summertime” George’a Gershwina był dla mnie najpiękniejszym punktem spektaklu.
Bo w bydgoskim „Amerykaninie w Paryżu” powala przede wszystkim muzyka zaczerpnięta z całej twórczości Gershwina, brawurowo wykonana przez orkiestrę pod kierownictwem Piotra Wajraka. Wielobarwna i dźwięczna uwertura jest tu dopiero obietnicą przygody, która następnie, wypełniona ruchem, zachwyca i pozwala wzbić się na chwilę ponad coraz bardziej wypełnioną strachem rzeczywistość, w której nieczęsto targające ludźmi uczucia tak pięknie się kończą. Aż chciałoby się zakrzyknąć – bajko, trwaj!
To balet, który pozwala na chwilę uwierzyć w świat prostych uczuć – tam, gdzie przyjaźń, lojalność i miłość wciąż mogą zwyciężyć.
Opera Nova