„Głupia gęś” w wykonaniu Zofii Żwirblińskiej to monodram będący kolażem pędzących myśli.
Bohaterka spektaklu (odpowiadająca również za reżyserię i choreografię) traktuje sceniczną przestrzeń jak laboratorium, w którym wraz z każdym kolejnym eksperymentem zmienia się instrumentarium środków, rekwizytów i aktorskich zadań. Wariacje na temat „syndromu oszusta”, będące podstawą do stworzenia tego skądinąd ciekawego przedstawienia, są jak fajerwerki – momentami zachwycające, ale działające krótko i pozostawiające niedosyt.
Impostor syndrome to stan, w którym człowiek nie jest w stanie uwierzyć we własne kompetencje i sukcesy. Najczęściej przypisuje je przypadkowi, zbiegowi okoliczności, wyjątkowym uwarunkowaniom itd. Co ciekawe, zjawisko to dotyka najczęściej właśnie tych najbardziej pracowitych, którzy doszli do czegoś ciężką pracą i systematycznym doskonaleniem swoich umiejętności. Osobie dotkniętej owym syndromem towarzyszy nieustanny lęk, poczucie bycia niewystarczającym bądź obwiniania się z powodu „niesłusznie” otrzymanej gratyfikacji.
Intrygujący jest sam koncept przedstawienia, który wykorzystuje figurę gęsi, mającą swoją bogatą symbolikę w kulturze, do scenicznego zinfiltrowania trójstronnej relacji: ja – moje wyobrażenie o sobie samej – jak inni widzą mnie i postrzegają to, co o sobie myślę. Bohaterka monodramu gra z widzem, wykorzystując bardzo świadomie swoją cielesność, którą „opakowuje” w różne konteksty.
Zaczyna humorystycznie: przejaskrawia sposób gry z czasów Modrzejewskiej, by po chwili przełamać klasyczną konwencję namówieniem publiczności do chóralnego zadeklamowania „k… mać”. Dość płytkie, ale widocznie takie miało być, w końcu to tylko pomysły głupiej gęsi. Jest i szarogęszenie się – zagrane w stylu polsatowskich kabaretów na „zbuntowaną nastolatkę”. W części humorystycznej zamknąłbym również autoironiczną scenę rodem ze szkoły teatralnej, gdzie improwizujesz, wydaje ci się, że łapiesz „to coś”, już witasz się z gąską, po czym efekt wychodzi dość pokraczny.
Zdecydowanie lepiej aktorsko i realizacyjnie wypada dalsza część przedstawienia, w której śmiech zastępuje refleksja i autentyczne emocje. Pisząc wyżej o świadomie wykorzystywanej cielesności, mam w szczególności na myśli scenę, w której aktorka, odsłaniając w dużej mierze swoje ciało publiczności, zamienia się w lekko nakręconą pozytywkę, podczas gdy z offu wsłuchujemy się w całą listę jej dokonań, zdobytych nagród, wygranych konkursów, przyznanych stypendiów itd. Mamy zatem grę podjętą z widzem i syndromem oszusta: swoją prezencją dziewczyna zdaje się mówić: to nic takiego, wszystko osiągnęłam tak naprawdę dzięki temu, że jestem piękna i zgrabna. Z drugiej strony jestem świadoma swojej wartości i umiejętności, dlatego mogę zabawić się z wami, żebyście sami zaczęli mieć wątpliwości „a może faktycznie…?”.
Podobnie jak życie gąski nie musi być usłane różami, tak i syndrom oszusta ma swoją ciemną stronę. Energicznie poruszająca się po całej scenie bohaterka w pewnym momencie zamiera, zaczyna się dusić. Cierpi w bardzo sugestywny sposób, co przywodzi na myśl dręczone zwierzęta, które karmi się na siłę, by po ich zarżnięciu uzyskać pasztecik dla snobów. Jest to również ten fragment przedstawienia, w którym w końcu mamy trochę teatru tańca (przypominam: Program Przestrzenie Sztuki – Taniec). Kompulsywne, urywane ruchy, w połączeniu z dobrze dobranym światłem dają w efekcie najmocniejszą i najlepszą scenę wieczoru. W finale bohaterka odradza się, by wzbić się w przestworza i wykonać lot, co kończy się w równie przewrotny sposób co wcześniejsze minietiudy.
Zofia Żwirblińska niewątpliwie ma głowę pełną pomysłów. „Głupia gęś” jest dowodem na to, że nie brak jej również intuicji i umiejętności swobodnego czerpania z tropów napotkanych w trakcie pracy nad spektaklem. Jednak to, co może być atutem w trakcie warsztatowej „burzy mózgów”, przeszkadza w tworzeniu przedstawienia jako propozycji pewnej całości. Większość z zaprezentowanych scen miała potencjał na rozwinięcie, prosiła się o dodanie kontekstów, które nadałyby całości ramy, w obrębie których widz mógłby się poruszać. W zamian tego dostaje kosz pełen pomysłów, z którymi nie do końca wie, co zrobić.
Performance, kolaż ciekawych scen, one woman show, teatralna wariacja na temat – można mnożyć określenia na temat „Głupiej gęsi”. Jedno jest pewne: jeśli porównać teatr do kuchni, to ktoś kto u progu kariery zaczyna od ekstremum, jakim jest fois gras, musi być albo szaleńcem, albo przekonanym o swoim talencie profesjonalistą. Tak czy inaczej nadmiar ciężkostrawnej diety zabija, z kolei zbyt lekka powoduje uczucie głodu. Dlatego w kuchni, jak w teatrze, najlepszy jest odpowiedni balans.
Teatr KTO