Motyw śpiewających nieboszczyków nie opuszcza sceny warszawskiego Teatru Syrena. Po „Heathers” przyszła pora na „Beetlejuice’a” — musical Jacka Mikołajczyka oparty na filmie Tima Burtona z 1988 roku. To idealna propozycja na jesienne spadki nastroju — niepokorna, zabawna i zaskakująco żywa, jak na spektakl pełen trupów.
Musical opowiada makabreskową historię Lydii (Aleksandra Rowicka) — nastolatki, która po śmierci matki fascynuje się tematyką śmierci. Gdy wraz z ojcem i jego nową partnerką przeprowadza się do domu nawiedzonego przez parę świeżo zmarłych stereotypowych millenialsów oraz nie do końca stereotypowego (i zdecydowanie nieświeżego) demona — tytułowego Beetlejuice’a (Marcin „Sosna” Sosiński) — dziewczyna paradoksalnie odnajduje swoje miejsce na ziemi.
„Musical rozrywkowy” — wbrew pozorom — to nie pleonazm, tylko określenie konkretnego rodzaju spektaklu muzycznego. Wyróżnia się je dla porządku — bo jak inaczej porównać przedsięwzięcie ewidentnie komediowe z chociażby słynnymi „Les Misérables”, gdzie liczba zgonów może i podobna, ale dramatyczność taka, że śmiać się nie wypada — a przynajmniej nie powinno?
Nie jest tajemnicą, że musicale rozrywkowe oceniam zwykle niżej niż dramatyczne. Dodatkowo, lata temu do „Beetlejuice’a” skutecznie mnie zniechęcono. Usłyszałam, że to musical „na jedno kopyto”, z jednostajną muzyką, która z czasem staje się wręcz irytująca. Do teatru jechałam więc bez większych nadziei — jak się okazało, zupełnie niesłusznie.
„Beetlejuice” ma w sobie magiczną moc bilokacji. Od pierwszych minut spektaklu akcja wciąga widza na tyle, że łatwo zapomnieć, że jest się w teatrze — mimo całej absurdalnej otoczki musicalu. Bo śpiewają i tańczą — to raz. Ale dwa — robią to o śmierci, nawiedzaniu, a nawet ślubie z oblechem i zbokiem. Musicalowa adaptacja filmu Tima Burtona z 1988 roku, którego sequel trafił do kin w ubiegłym roku, oddaje ducha pierwowzoru. Jest niegrzecznie, obrazoburczo, a zespół aktorski burzy czwartą ścianę z mocą młota udarowego.
Główną siłą napędową spektaklu są odtwórcy ról pierwszoplanowych. Marcin „Sosna” Sosiński jest doskonały w swojej demoniczności. Nie jestem pewna, czy to komplement, ale w trakcie spektaklu wydaje się, że on tego Beetlejuice’a nie gra — on nim po prostu jest. Aleksandra Rowicka już w swoim dyplomowym „Folwarku zwierzęcym” udowodniła charyzmę i doskonałą dykcję. Tym razem do swojego aktorskiego emploi dodała umiejętność zagrania zbuntowanej nastolatki-gotki, która ani trochę nie irytuje, a potrafi i wzruszyć, i rozbawić.
Ale energii w tym musicalu jest znacznie więcej. Kostiumowo, scenograficznie i choreograficznie wszystko dopięto na ostatni guzik. Muzycznie zdecydowanie nie jest jednostajnie, a większość piosenek zostaje w głowie długo po wyjściu z teatru. Brawurowo wypada legendarna scena kolacji rodem z filmu, podczas której bohaterowie — wbrew własnej woli, a ku radości Lydii i duchów — wykonują „The Banana Boat Song”. A osobowość Żanety Rus jako Miss Argentyny zasługuje na oddzielny akapit.
Najwięcej smaczków kryje się jednak w tekście. Spektakl uwspółcześnia burtonowski pierwowzór lepiej niż zeszłoroczny sequel. Świeżo zmarła para millenialsów — Barbara (Agnieszka Rose) i Adam (Marek Grabiniok) — to jakby gogolowskie zwierciadło, w którym trzydziestolatkowie mogą się przejrzeć z czułością, ale i autoironią. To refleksja o zmarnowanej energii, o poszukiwaniu sensu.
Dzięki temu „Beetlejuice” okazuje się nie tylko niegrzeczną bajką dla dorosłych, ale i historią z mądrym, choć nienachalnym morałem.
https://teatrsyrena.pl/beetlejuice/