W jaskini platońskiej
O spektaklu „Cabaret” Johna Kandera, Freda Ebba i Joe Masteroffa w reż. Łukasza Brzezińskiego w Teatrze Muzycznym w Poznaniu pisze Agnieszka Serlikowska.
fot. Dawid Stube / Teatr Muzyczny Poznań
O spektaklu „Cabaret” Johna Kandera, Freda Ebba i Joe Masteroffa w reż. Łukasza Brzezińskiego w Teatrze Muzycznym w Poznaniu pisze Agnieszka Serlikowska.
fot. Dawid Stube / Teatr Muzyczny Poznań
Reżyser Łukasz Brzeziński zgrabnie balansuje pomiędzy uniwersalną parabolą a próbą przypomnienia, że to nie abstrakcja, lecz historia, z której powinniśmy wyciągnąć wnioski. Zatrważający finał, w którym bohaterowie raz jeszcze wypowiadają kwestie lekceważące potencjalne zagrożenie i ignorujące politykę, która ich „nie dotyczy”, skierowany jest bezpośrednio do widowni. Przypomina, że oni nie mogli wiedzieć, jak to się skończy — ale my już powinniśmy.
Kiedy z nieba dochodzą przeszywające dźwięki lotów treningowych, a z mediów płyną doniesienia o negatywnych nastrojach geopolitycznych i pogłębiających się konfliktach narodowościowych, na scenach teatrów muzycznych pojawia się „Cabaret” Johna Kandera, Freda Ebba i Joe Masteroffa — broadwayowski musical z 1966 roku. Czy wystawiany po raz enty spektakl może wciąż zaskoczyć? Teatr Muzyczny w Poznaniu udowadnia, że i owszem.
Wiele było inscenizacji berlińskiej historii o charyzmatycznej artystce kabaretowej Sally Bowles (Katarzyna Tapek) i enigmatycznym Mistrzu Ceremonii (Jakub Cendrowski), obserwowanej z punktu widzenia początkującego amerykańskiego pisarza Clifforda Bradshawa (Maksymilian Pluto-Prądzyński), tuż przed objęciem władzy w Niemczech przez demokratycznie wybraną partię Adolfa Hitlera. Czas bezpruderyjnych kabaretów zestawiony jest tu z duszną atmosferą zmiany nastrojów społecznych i nagonki wobec Żydów. Na tym tle rozgrywa się skomplikowana relacja między pisarzem a artystką — oraz odwieczny konflikt: uciec czy zostać?
Spektakl, oparty na częściowo autobiograficznej książce Christophera Isherwooda z 1939 roku, rozsławił film z 1972 roku w reżyserii i z choreografią legendarnego Boba Fosse’a, z niezapomnianą Lizą Minnelli w roli głównej. Przez dekady funkcjonowania w popkulturze tytuł ewoluował. W wersji filmowej zmieniono ścieżkę dźwiękową — część utworów zastąpiono innymi, część zmodyfikowano — co potem wpływało na kolejne inscenizacje. Nowe piosenki włączono chociażby do immersyjnej adaptacji westendowskiej z 2021 roku w reżyserii Rebecci Frecknall, która zebrała deszcz nagród.
Wersja Teatru Muzycznego w Poznaniu wydaje się sytuować gdzieś pomiędzy wspomnianymi. Z jednej strony muzycznie jesteśmy przed filmem, co nadaje spektaklowi większej surowości — szczególnie w finałowej scenie, której dramaturgia wbija widza w fotel i zostawia z pytaniami, na które rzadko chcemy odpowiadać. Z drugiej strony, choć oczywiście w znacznie odmiennym od londyńskiego budżecie, spektakl zdaje się inspirować wersją z West Endu — chociażby w kolorystyce kostiumów (zieleń, beże, rudości), wykonaniu tytułowej piosenki czy interakcjach z widownią.
Nie jest to jednak żadna kopia znanych mi już adaptacji, czego trochę się obawiałam przed przyjazdem do Poznania. To inscenizacja całkowicie oryginalna, zaskakująca i fascynująca w swojej odmienności.
Scena skryta jest w mroku. Widzowie siedzący w pierwszym rzędzie są cierpliwie instruowani przez obsługę widowni, że przestrzeń pomiędzy ich nogami a sceną już wkrótce zaanektują artyści. Uwagę przykuwa wielki pierścień stanowiący główną scenografię – kolejny majstersztyk Mariusza Napierały. Złożony jakby z wyjątkowo brudnych okien, miejscami dziurawy, stłuczony, poszarpany – czasem jest pociągiem, czasem kabaretowym podestem, szklarnią, a nawet małym, wynajmowanym pokoikiem. Przypomina starą dziecięcą zabawkę – metalową obręcz na świeczkę, z której uciekające światło rzuca na ścianę różnego rodzaju cienie. Czyżbyśmy byli w jaskini platońskiej? A jeśli tak, to po której jej stronie nam, widzom, przypadło siedzieć?
Opisywany światłocień i świadomość spoglądania na cienie najbardziej przeszywają, gdy po raz pierwszy ze sceny rozbrzmiewają dźwięki „Tomorrow Belongs to Me” intonowane przez Mistrza Ceremonii. Ta słodka piosenka, z pozornie niewinnym tekstem, śpiewana przez identyfikujących się z ruchem nazistowskim, to jeden z ikonicznych utworów musicalu. Niebezpiecznie słodki zwiastun zagłady i śmierci, końca znanego świata – również w znaczeniu indywidualnym – wykorzystywany przez źródła kultury obecnie już uniwersalnie, jak w serialu Człowiek z wysokiego zamku czy powieści Przekleństwa niewinności. W spektaklu pojawia się dwukrotnie – pierwszy raz śpiewany indywidualnie, przez Mistrza Ceremonii, jako jaskółka złowieszczej zmiany, i drugi, na koniec pierwszego aktu, jako utwór zbiorowy – symbol niebezpiecznego wirusa rozprzestrzeniającego się na całe społeczeństwo. Wiele było już pomysłów na ten utwór, a jednak Teatr Muzyczny w Poznaniu zaskakuje kolejną błyskotliwą, wwiercającą się w pamięć interpretacją, która z uniwersalnej historii przenosi widza na chwilę w czasie – by przypomnieć, że to nie opowiastka, a rzeczywistość.
Wspaniały jest cały zespół zaangażowany w poznańską wersję Cabaretu, ale nie da się ukryć – show od początku do końca kradnie Jakub Cendrowski. Jego MC jest odpowiednio enigmatyczny, charyzmatyczny w każdym ruchu i kwestii, ale jednocześnie – pomiędzy złowieszczością – kryje w sobie wrażliwość. To jednocześnie złośliwy chochlik i miłosierny samarytanin.
Wtóruje mu Katarzyna Tapek jako Sally Bowles. Muszę przyznać, że nie jestem fanką tej postaci – za dużo w niej histerii i manieryczności. A jednak, po raz drugi w moich Cabaretach – po Amy Lennox – Katarzynie Tapek udało się mnie zaczarować. Jej wykonanie tytułowej piosenki pozostaje w pamięci równie mocno jak wspomniane „Tomorrow Belongs to Me”.
Zaskakuje również Maksymilian Pluto-Prądzyński, którego Clifford Bradshaw jest wreszcie postacią z krwi i kości, a nie tylko potrzebnym, choć irytującym, spoiwem narracyjnym spektaklu.
„Gorąco polecam ten spektakl widzom w całej Polsce, bo jest w nim wszystko, co najlepsze”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.