Jadąc tramwajem, nie myślimy o jeździe tramwajem – konstatuje na początku „Bardzo długiej i powolnej katastrofy tramwaju nr 26” Motorniczy (Mirosław Zbrojewicz), mistrz drugiego planu i narrator nie-tylko-z-offu.
Po krótkim zastanowieniu nie sposób nie przyznać mu racji: prawdopodobnie tylko dzieci podczas podróży dowolnym środkiem komunikacji są skupione na tym, że właśnie nim podróżują, a nie na tym, skąd i dokąd jadą. Dla większości podróżnych środek komunikacji jest jednak tylko środkiem do celu, którego jedynym zadaniem jest bezpieczne dowiezienie pasażerów z punktu A do punktu B. Wsiadamy więc do przysłowiowego tramwaju, „otorbiamy się” w naszą indywidualną rzeczywistość i przestajemy zwracać uwagę na otoczenie. Dopiero gdy coś idzie nie tak, dostrzegamy, gdzie i z kim jesteśmy.
Bohaterowie „Bardzo długiej i powolnej katastrofy tramwaju nr 26” istnieją w punkcie liminalnym między normalną, spokojną jazdą a bliżej nieokreślonym wydarzeniem zakłócającym im drogę do Wielkiego Celu. Każde z nich dąży do pracy lub już w tej pracy JEST – jak Motorniczy czy Dostawca jedzenia (Filip Zaręba), próbujący zrealizować zamówienie z aplikacji w przepisowym czasie. Projektariusz Mariusz (Michał Jan Meller) kończy projekt i spieszy się na pociąg, który zawiezie go na drugi koniec Polski ku kolejnemu zleceniu. Hipochondryczka (Aleksandra Popławska) musi wrócić do dziecka, którym zajmuje się w ramach pracy opiekuńczej. Laska bez telefonu (Izabella Dudziak) szuka swojej tożsamości zagubionej razem z firmowym smartfonem, dając się prowadzić tajemniczemu klaunowi (Filip Zaręba) wspak po własnym życiu. Wszyscy oni się spieszą. Wszystkim im na czymś zależy.
Niespodziewane zatrzymanie tramwaju wymusza na bohaterach przerwę w działaniu i obnaża pustkę, jak pozostaje w ich życiu po odcięciu od pracy, dedlajnów, projektów z chwiejnym budżetem i prób zarządzania własnym zdrowiem bez ubezpieczenia. Tekst Julii Nowak celnie wypunktowuje brak stabilności finansowej (życiowej), wyśrubowane wymagania pracodawców nieczułych na problemy pracowników zatrudnionych na „śmieciówkach”, prekariat i projektariat. Zawieszeni w odkształconej rzeczywistości poruszającego się nieskończenie wolno tramwaju zabiegani ludzie pracy mają wreszcie czas na refleksję nad znaczeniem i sensem ich życia. Wyciągnięte przez nich wnioski nie napawają optymizmem: ktoś ostatecznie zarobi na tej katastrofie, ale na pewno nie będą to oni, pozostawieni na pastwę własnych traum.
„Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” to debiut reżyserki i autorki tekstu Julii Nowak w TR Warszawa, a także pierwsza premiera tego teatru w opisanym hasłem „Strumienie miłości” sezonie 2026/2027. Tekst w opracowaniu dramaturgicznym Karoliny Szczypek to gorzka diagnoza stosunku współczesnego człowieka do pracy jako wymuszanego przez założenia kapitalizmu odpowiednika miłości. Uczymy się wdzięczności za każde zlecenie i projekt, za banany dzielone raz w tygodniu z „miłymi ludźmi” z wyższych pięter biurowca, których co prawda nie znamy z twarzy czy nazwiska, ale mamy nadzieję, że oni znają nas i działają na naszą korzyść. Dopisujemy do naszej codzienności superbohaterskie narracje – Dostawca jedzenia czuje się mistrzem kierownicy, zagrzewanym do boju przez wierne zębatki rowerowe; Hipochondryczka nadzoruje stan zdrowia swojej małoletniej podopiecznej lepiej niż rodzice dziecka; Projektariusz gotowy jest na każde wyzwanie; Laska bez telefonu błyskawicznie zamienia się w postać z korpo-bajki, żeby nie przynieść wstydu koledze z biurka obok. W konfrontacji z obiektem ich uczuć – pracą – okazuje się jednak, że tkwią po uszy w bardzo przemocowym związku.
Tekst Julii Nowak zawiera dużo słów i początkowo sprawia wrażenie chaotycznego, w miarę trwania spektaklu przekonujemy się jednak, że ten rodzaj narracji pasuje do sposobu, w jaki mówi się współcześnie o pracy jako takiej: dużo, często, i nierzadko w silnych emocjach.
W kontrze do ilości tekstu stoi natomiast ruch sceniczny opracowany przez Annę Kuszarecką: postacie poruszają się w miękkim, zwolnionym tempie, zamieniając każdy gest w surrealistyczną sekwencję taneczną. Pomagają im w tym hipnotyzująca muzyka Maksymiliana Zielińskiego oraz futurystyczna scenografia Antoniny Kality, znajdująca się gdzieś na pograniczu wnętrza starego tramwaju, podwórkowego trzepaka i małpiego gaju. Kostiumy autorstwa Zuzanny Bąk są miejscami futurystyczne i szalone (przykład uczłowieczonych zębatek rowerowych), ale przywodzą też na myśl opis odzieży termicznej noszonej przez Dostawcę jedzenia: „trzywarstwowa, nie trzyma ciepła”. Żadne z naszych bohaterów – z chlubnym wyjątkiem Motorniczego – nie nosi wyraźnie zaznaczonego munduru czy „ubrania służbowego”, nawet przebranie klauna sprowadzone jest do czerwonego nosa i papierowego kołnierza. Odczytuję to jako komentarz do tego, co prac(odawc)a DAJE pracownikowi w opozycji do tego, czego od niego WYMAGA.
O pracy trzeba i wypada mówić nie tylko w kontekście błyskawicznych karier i historii „od call center do biura prezesa”. Czasami warto się zatrzymać i poważniej przemyśleć sytuację, z ironią i dystansem zwracając uwagę na to, co nie pasuje do wyidealizowanego obrazu pracy na osiem godzin, z umową, ubezpieczeniem zdrowotnym, składkami emerytalnymi i godnym wynagrodzeniem. Najlepiej byłoby nie potrzebować do tego katastrofy tramwaju. I niech każdego będzie stać na psa.
TR Warszawa