W przedziwnej rzeczywistości, przypominającej nieco „escape room” albo komputerową grę, sześcioro bohaterów usiłuje znaleźć klucz do bajkowych drzwi – magicznego wyjścia. Muszą połączyć siły, by sprostać zadaniu. Jest w tym coś młodzieżowego, pojawiają się wątki social mediów i cyfrowych herosów, a także temat różnic i słabości. Dochodzenie do wspólnego rozwiązania staje się istotą spektaklu „Bez wyjścia”.
Gdy wyszedłem z małej, lekko dusznej sali warszawskiej politechniki w jeszcze większy miejski gwar, w rozmowie z moją teatralną towarzyszką stwierdziliśmy, że naprawdę nie ma się do czego przyczepić, a fakt, że półtorej godziny minęło jak chwila, tylko to potwierdza. Na każdym polu widać pasję i ogrom pracy włożonej w ten „amatorski” teatr.
Scenografia i kostiumy Lusi Preschey imponują konsekwentną prostotą i inwencją twórczą. Z pozornie niepozornych, wręcz „ubogich” materiałów buduje ona spójną, funkcjonalną przestrzeń sceniczną, która nie tylko wspiera narrację, ale wręcz ją dopowiada. Ta estetyka recyclingu i świadomej surowości okazuje się trafnym komentarzem do świata przedstawionego – znakomicie koresponduje zarówno z charakterystyką postaci, jak i z ich sytuacją dramatyczną.
Muzyka Leny Piękniewskiej-Bem funkcjonuje w spektaklu wielowarstwowo – nie tylko jako ilustracyjne tło, lecz także jako równorzędny element narracyjny, miejscami przejmujący rolę komentatora wydarzeń scenicznych. Choreografia Moniki Jarosińskiej imponuje dojrzałością i precyzją kompozycyjną; pozbawiona przypadkowości, opiera się na wyraźnie przemyślanej strukturze ruchu, a jej „baletowa” spójność nadaje całości wyraźny rytm i dyscyplinę sceniczną.
Aktorzy prezentują wysoki poziom wykonawczy. Uwagę zwraca imponująca sprawność w operowaniu rozbudowanym tekstem, przekazywanym niemal bez potknięć, a także wyraźne zróżnicowanie charakterów poszczególnych postaci – każdy z „cyfrowych śmiałków” funkcjonuje w odrębnej, konsekwentnie zarysowanej estetyce gry.
Laura Ramotowska znakomicie wykorzystuje swoją fizyczność, budując postać silnej wojowniczki, by następnie płynnie przechodzić w bardziej liryczne, wyciszone rejestry emocjonalne. Podobnie Gabriela Wielocha z dużą precyzją łączy delikatność i kruchość swojej bohaterki z momentami wyraźniejszej ekspresji, wpisując ją w rolę wróżki niepozbawionej drapieżnych, nieoczywistych akcentów.
Marcin Pawelec buduje postać wycofaną i pozornie nieśmiałą, a jednocześnie obdarzoną wyraźną świadomością intelektualną oraz spokojem wewnętrznym, który nadaje jej szczególną wiarygodność. Mateusz Kisiołek w roli komandosa i łowcy kreuje bohatera zdecydowanego, momentami brutalnego w ekspresji, lecz niepozbawionego rozsądku i kontroli nad emocjami. Adam Spexard jako uduchowiony, a zarazem niepokojący mnich wciąga widza w swój hermetyczny, filozoficzny świat, budowany na napięciu i dystansie wobec rzeczywistości. Cała trójka konsekwentnie utrzymuje wysoki poziom precyzji i spójności aktorskiej, a ich indywidualne kreacje dobrze współgrają z całościową konstrukcją spektaklu.
Absolutną perłą okazuje się Lusia Preschey w roli trolla. Aktorka tworzy kreację niezwykle intensywną i energetycznie dominującą, momentami wręcz przejmującą przestrzeń sceniczną. Jej bohaterka – z pozoru drobna i niepozorna – wnosi na scenę żywioł, który całkowicie zmienia dynamikę zespołu. To rola oparta na odwadze, ekspresji i wyczuciu rytmu scenicznego, dzięki którym Preschey nie tylko przyciąga uwagę widza, ale też wyraźnie podbija temperaturę całego przedstawienia, stając się jego jednym z najważniejszych motorów energii.
Warto dać szansę temu spektaklowi, by poprawić sobie humor w dusznej sali Politechniki Warszawskiej, gdzie naukowcy, matematycy, fizycy i inni studenci prezentują zaskakująco wysokie umiejętności artystyczne. Wstęp jest bezpłatny, jednak obowiązują wcześniejsze zapisy. Polecam.
Aha — widziałem tylko jedną z trzech obsad. Być może warto zobaczyć także pozostałe, by sprawdzić, jak różne interpretacje wpływają na odbiór tych samych ról.
Teatr Politechniki Warszawskiej