Nie pamiętam już wszystkich premier, które oglądałem w Teatrze Polskim w Bydgoszczy kilkanaście lat temu. Pamięć bywa wybiórcza. Zachowuje nie tyle daty, ile emocje, obrazy, głosy i ludzi, którzy pozostawili ślad na dłużej. Do takich osób bez wątpienia należy Marta Nieradkiewicz.
Kiedy pojawiła się w zespole bydgoskiego Teatru Polskiego kierowanego przez Pawła Łysaka, była świeżo po łódzkiej filmówce. Dla niej był to początek zawodowej drogi. Dla mnie – czas intensywnego uczestnictwa w życiu teatru. Oglądałem wtedy niemal wszystko. Premiery, wznowienia, spektakle grane po raz kolejny. Teatr był miejscem regularnych spotkań ze światem, który próbował opowiadać o rzeczywistości odważniej i uczciwiej niż wiele innych instytucji kultury. Właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłem Martę Nieradkiewicz na scenie.
Nie było w niej nic z aktorskiej ostentacji. Nie należała do tych wykonawców, którzy za wszelką cenę próbują zawładnąć uwagą widza. Wręcz przeciwnie. Jej siła polegała na czymś znacznie trudniejszym do osiągnięcia – na prawdzie obecności. Wystarczyło kilka minut, by uwierzyć w postać, którą grała.
Pamiętam kolejne przedstawienia. „We are the champions. Piosenki sportowe”, później „Trzy siostry” Czechowa w reżyserii Pawła Łysaka. Następnie „Płatonowa” Mai Kleczewskiej, spektakl do dziś pozostający jednym z najważniejszych doświadczeń tamtego okresu bydgoskiego teatru. Były „Babel”, „Joanna d’Arc. Proces w Rouen”, monumentalna rekonstrukcja dramatów Słowackiego, „Hekabe”, „Opera za trzy grosze” i wreszcie „Burza”.
Dzisiaj widzę, że uczestniczyłem nie tylko w kolejnych premierach. Miałem szczęście obserwować proces kształtowania się wybitnej aktorki. To coś, czego zwykle nie dostrzega się od razu. Dopiero po latach można spojrzeć wstecz i zauważyć ciągłość pewnych cech, które później staną się znakiem rozpoznawczym artysty.
U Marty Nieradkiewicz była to niezwykła umiejętność łączenia emocjonalnej intensywności z prostotą środków. Nigdy nie miałem poczucia, że oglądam popis. Nawet w najbardziej ekspresyjnych przedstawieniach pozostawała aktorką skupioną na człowieku. Być może właśnie dlatego jej role tak dobrze zapadały w pamięć.
Szczególnie miło wspominam również nasze spotkanie przy okazji wywiadu, który przeprowadziłem dla „Bydgoskiego Informatora Kulturalnego”. Dziś, po latach, ten tekst jest dla mnie czymś więcej niż archiwalną publikacją. Jest zapisem chwili, w której młoda aktorka znajdowała się na początku drogi, nie wiedząc jeszcze, dokąd ją ona zaprowadzi.
Rozmowa potwierdziła wrażenie, jakie odnosiłem jako widz. Marta Nieradkiewicz sprawiała wówczas wrażenie osoby skoncentrowanej przede wszystkim na pracy. Bez pozy gwiazdy, bez budowania wokół siebie legendy. Zainteresowanej teatrem bardziej niż własnym wizerunkiem. Takich ludzi spotyka się rzadziej, niż mogłoby się wydawać.
Kiedy wyjechała z Bydgoszczy, nadal śledziłem jej losy. Widziałem ją później w spektaklach Narodowego Starego Teatru w Krakowie. W „nie-boskiej komedii. WSZYSTKO POWIEM BOGU!”, w „Podopiecznych”, w „Triumfie woli”. Były to już role artystki w pełni ukształtowanej, świadomej swojej siły i znaczenia, ale jednocześnie zachowującej tę samą autentyczność, którą pamiętałem z pierwszych bydgoskich sezonów.
To interesujące doświadczenie dla widza: obserwować przez lata tę samą osobę na różnych etapach artystycznej drogi. W teatrze zdarza się to rzadko. Aktorzy zmieniają miasta, sceny i zespoły. Widzowie również podążają własnymi ścieżkami. Tym bardziej cenię sobie fakt, że co jakiś czas nasze drogi znów się przecinały.
Tak było również niedawno w warszawskim Teatrze Dramatycznym podczas „The Wall”. Siedząc na widowni, pomyślałem, że od mojego pierwszego spotkania z Martą Nieradkiewicz na scenie minęło już wiele lat. Zmieniły się teatralne mody, języki sceniczne, estetyki i tematy. Zmieniła się także Polska, o której teatr opowiada. A jednak coś pozostało niezmienne. Pozostała wiarygodność.
To słowo wraca do mnie najczęściej, kiedy myślę o jej aktorstwie. Nie efektowność, choć potrafi być efektowna. Nie charyzma, choć niewątpliwie ją posiada. Właśnie wiarygodność. Ta rzadka cecha sprawiająca, że widz przestaje obserwować aktora, a zaczyna wierzyć człowiekowi stojącemu na scenie.
Dziś Marta Nieradkiewicz należy do grona najważniejszych polskich aktorek swojego pokolenia. Świadczą o tym nagrody, role filmowe i teatralne, uznanie krytyków oraz publiczności. Jednak dla mnie pozostanie również częścią bardzo konkretnego czasu i miejsca. Bydgoszczy sprzed kilkunastu lat. Teatru Polskiego, który wtedy odważnie szukał nowych języków opowiadania o świecie. Wieczorów spędzanych na premierach. Notatek robionych po spektaklach. Recenzji pisanych późno w nocy. I rozmowy z młodą aktorką, której talent był już wtedy widoczny, choć nikt nie potrafił jeszcze przewidzieć całej skali przyszłych osiągnięć.
Z okazji urodzin życzę Marcie Nieradkiewicz przede wszystkim zdrowia, siły i kolejnych ról, które będą wyzwaniem zarówno dla niej, jak i dla widzów. A sobie życzę następnych teatralnych spotkań. Takich, po których wychodzi się z teatru z poczuciem, że wydarzyło się coś ważnego.
Bo właśnie takie spotkania pamięta się najdłużej.
Teatr Dramatyczny