Najnowsza premiera „Iwony, księżniczki Burgunda” w reżyserii Anna Augustynowicz wywołuje wśród recenzentów skrajne emocje. Redaktor naczelny „Teatru dla Wszystkich” – Wiesław Kowalski – przyznał spektaklowi zaledwie cztery gwiazdki. Trudno mi zgodzić się z jego zarzutem, że forma przerosła treść. Choć rzeczywiście dominuje, to pod nią kryje się niepokojąca diagnoza naszej rzeczywistości.
Kowalski słusznie zauważa i chwali groteskową, bardzo gombrowiczowską strukturę spektaklu, jednak widzi w niej element pozbawiony pęknięć i napięć. Ta specyficzna „martwota” nie jest jednak słabością przedstawienia, lecz w pełni świadomym konceptem. Nawet jeżeli spektakl „zamienia się w szkolny eksponat”, to warto na tej lekcji uważać.
Monochromatyczna, surowa przestrzeń, zamknięta ścianami z rozpikselowanego ekranu, w której jedynym barwnym elementem jest czerwona koszula Księcia Filipa (Maciej Musiałowski), staje się obrazem współczesnego technologiczno-społecznego systemu, w którym człowiek przestaje istnieć jako autonomiczna jednostka i niczym pojedynczy piksel nabiera sensu dopiero jako część większej matrycy. W ten idealnie zaprogramowany, cyfrowy obraz zostaje wrzucona tytułowa bohaterka. Kowalski zauważa, że w tej realizacji Iwona prawie nie istnieje – jest skrajnie bierna i pozbawiona cech, które mogłyby prowokować otoczenie. To prawda. Iwona w wykonaniu Karoliny Charkiewicz nie szuka konfrontacji, nie daje powodów, by uznać ją za irytującą. Jest jak jeden wadliwy piksel na ekranie – choć niezauważalny gołym okiem, psuje cały obraz. Jest „tą Inną”. To właśnie w tej decyzji interpretacyjnej tkwi najgłębsza i najbardziej celna diagnoza Augustynowicz. Spektakl obnaża mechanizm lęku przed innością: boimy się innego nie dlatego, że realnie nam zagraża, ale dlatego, że jego milcząca obecność budzi w nas niczym nieuzasadniony niepokój.
Wyraźnie widać, że to dwór projektuje na Iwonę własne paranoje, choć nie ma ku temu podstaw. Za potrzebą okiełznania Innego stoi chęć ukrycia własnych grzechów. Z lęku prewencyjnie zakłada jej kaganiec, prowadzi na smyczy czy brutalnie tresuje – co przerażająco wybrzmiewa w scenie karmienia przez Królową (Maria Ciunelis). Iwona chwyta zębami włóczkę niczym pies tylko dlatego, że bezwolnie przyjmuje „gębę”, którą narzuciło jej otoczenie. Pies musi przecież być posłuszny swojemu panu. Żaden piksel nie może wyróżniać się spośród innych.
Naczelny „Teatru dla Wszystkich” wysoko ocenia role Marii Ciunelis oraz Adama Cywki (Szambelan). Nie da się ukryć, że oboje budują swoje postaci z maestrią, idealnie żonglując gombrowiczowskim absurdem. W tej układance nie sposób jednak pominąć fenomenalnego Przemysława Bluszcza w roli Króla Ignacego. To właśnie w jego postaci najlepiej widać pęknięcie. W pierwszej części spektaklu Bluszcz mistrzowsko wchodzi w narzuconą formę – gra wyrazistą, przerysowaną mimiką, dodatkowo podbitą mocnym makijażem. Gombrowiczowska maska opada, gdy Król zrzuca dworski kostium i staje przed widzami w koszulce na ramiączkach oraz bokserskich rękawicach. Jego postać niepokojąco zaczyna przypominać Karola Nawrockiego. Tym odważnym gestem reżyserka obnaża mechanizm naszej władzy: pod płaszczykiem instytucjonalnego dostojeństwa i białych rękawiczek kryje się prymitywna, autorytarna siła, napędzana strachem przed zdemaskowaniem własnych słabości.
„Iwona, księżniczka Burgunda” w Teatrze Ateneum nie jest więc realizacją bezpieczną ani pozbawioną ryzyka. To teatr, który pod płaszczem chłodnej, lecz groteskowej estetyki dotyka najczulszych punktów naszej współczesności – strachu znacznej części społeczeństwa przed obcymi, którego siłą napędową nie jest realne zagrożenie płynące z ich strony, ale próba ukrycia własnych grzechów przez rządzących. Za tę odwagę dorzucam do oceny spektaklu kolejne cztery gwiazdki.
Teatr Ateneum