Janina Duszejko jest samozwańczą aktywistką, która regularnie sprzeciwia się zabijaniu zwierząt przez lokalnych myśliwych. Sytuacja staje się napięta, kiedy myśliwi zaczynają ginąć. Duszejko sugeruje, że zwierzęta mogą się mścić. Tym samym metafizyczny kryminał zaczyna przeplatać się z historią powolnego rozkładu.
Reżyserka buduje spektakl wokół rozkładu, bowiem to właśnie nim naznaczona jest perspektywa Duszejko granej przez Dominikę Kluźniak. Rozpad świata skolonizowanego przez lokalnych myśliwych splata się z doświadczeniem własnej śmiertelności Duszejko. Choć kobieta stara się bronić swojej prawdy, wkracza w rzeczywistość umorusaną rekreacyjnym rozlewaniem zwierzęcej krwi.
Widz nie musi zgadzać się z aktywistką, jednak powinien choć na chwilę spojrzeć na świat jej oczami. Platt daje taką możliwość. W jaki sposób? Przede wszystkim poprzez scenografię i dźwięk. Jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu uwagę widza przyciąga ogromna ambona myśliwska, wyrastająca jak gdyby z błota. Anorektycznej przestrzeni towarzyszy ujadanie psów. Spektakl odwołuje się do więziennej estetyki, co potwierdza sama twórczyni w wywiadzie dla Teatru Narodowego. Z aspektów technicznych warto wspomnieć również o świetle. Ciepło żarówek idealnie ukrywa się w zakamarkach ambony. Do tego dochodzą lampy, świeczki oraz światła symulujące reflektory samochodu tudzież księżycowy chłód.
Przestrzeń, dźwięk i światło wprowadzają zresztą element ekstremalnych zabiegów scenicznych. Platt finezyjnie zaciera granicę między człowiekiem a zwierzęciem, w bardzo brutalny sposób wydobywając z widzów empatię. Niech więc nikogo nie zdziwi scena, w której mąż poluje na swoją nagą żonę – uczłowieczoną sarnę – albo moment, kiedy lekarz Duszejko je piach.
„Prowadź swój pług…” nie oszczędza myśliwych, pokazując zgubne konsekwencje masowego zabijania żywych istot. Reżyserka nie poprzestaje jednak na obserwacji poszczególnych osób. Patrząc oczami Duszejko, kieruje wzrok również w stronę instytucji. Parodiując nawrócenie świętego Huberta czy prezentując postać księdza, pokazuje stosunek Kościoła do myślistwa. Ukazuje, jak duchowieństwo idealizuje tomistyczne nauki, natomiast franciszkańskie myśli traktuje infantylnie.
Parodystyczna scena, choć bawi, nie wnosi jednak zbyt wiele do dyskusji o myślistwie. Odnosi się raczej do samego konceptu świętości i poddaje go dekonstrukcji. Znacznie bardziej wartościowy okazuje się wątek księdza. Kapłan, wzbogacony o stoicki spokój i niski głos Jacka Mikołajczaka, trafnie oddaje tradycjonalizm mylony z religijnością i duchowym wsparciem. Ambona myśliwska i ambona kościelna zlewają się tutaj w jedno – to stamtąd pada ostrzał. Choć ksiądz podczas kazania bywa groteskowy, swoje słowa wypowiada z pełnym przekonaniem i wiarą w zastaną filozofię.
Żaden z tych zabiegów nie wybrzmiałby jednak w pełni, gdyby nie rola Dominiki Kluźniak. Już przy rewelacyjnej „Heddzie Gabler” w reżyserii Kuby Kowalskiego można było przekonać się, jak zdolną aktorką jest Kluźniak. „Prowadź swój pług…” tylko to potwierdza. Aktorka ani na moment nie stempluje swojej bohaterki określeniem „wariatka”. Nawet kiedy Duszejko ujada czy krzyczy, zawsze wynika to z chwilowej utraty kontroli, a nie z obłędu.
W pozostałych postaciach pobrzmiewają jednak echa ekranizacji Agnieszki Holland, a może i literackiego pierwowzoru Olgi Tokarczuk, diagnozujących lokalnych obywateli jako wyzbytych światoczucia. Platt okazuje się bardziej pobłażliwa wobec swoich bohaterów niż autorka „Pokotu”. Wciąż jednak myśliwi funkcjonują u niej lepiej na płaszczyźnie symbolicznej niż czysto ludzkiej. Momentami można odnieść wrażenie, że nie są to mężczyźni, którzy przez lata wypracowali mechanizmy ułatwiające im zabijanie, ale po prostu zawistni sadyści. Spektakl pokazuje także, jak mechanizmy przemocy przenoszą się do przestrzeni domowej, lecz zbyt rzadko próbuje je rozbrajać.
Platt zdarza się również gubić balans tonalny. W momencie, kiedy rozedrgana Duszejko zalewa się łzami, na scenę wkracza Matoga, grany przez Oskara Hamerskiego, i zaczyna opowiadać o balu grzybiarzy. Humorystyczne rozładowanie napięcia okazuje się nie do końca udane i osłabia siłę sceny wypracowanej wcześniej przez aktorkę.
„Prowadź swój pług…” każe zrewidować spojrzenie na zwierzęta, usłyszeć „lokalną wariatkę”, a nawet przyjąć jej perspektywę. Jeszcze nie wiem, na jak długo ta perspektywa zostanie ze mną, ale jestem za nią wdzięczny. Co prawda momentami na scenę wkraczają reżyserskie potknięcia i pisarskie manieryzmy, przez co łatwo dostać zeza. Są to jednak tylko chwilowe zachwiania. Przez większość czasu warto wyostrzać wzrok, nawet jeśli oglądane obrazy toną w lepkim błocie.
Teatr Narodowy